13 listopada 2010

Czy kandydatka ma szansę dożyć końca kadencji?

Zafrapowała mnie lista wyborcza jednego z komitetów ubiegających się o miejsca w sejmiku województwa mazowieckiego. Konkretnie, lista Związku Słowiańskiego w okręgu nr 7, obejmującym osiem podwarszawskich powiatów.

Nie wiem co to za twór ten Związek Słowiański i nie zamierzam wnikać. Na szóstym miejscu jego listy znajduje się jednak Jadwiga Dąbrowska, lat 97 (słownie: dziewięćdziesiąt siedem). Przyszło mi więc do głowy pytanie: czy gdyby pani Dąbrowska została radną sejmiku to dożyłaby końca kadencji? Według GUS średnia długość życia kobiety w Polsce to nieco ponad 80 lat.

Choć na nią nie zagłosuję, życzę kandydatce zdrowia i dwustu lat życia (tradycyjne „sto lat” byłoby chyba nie na miejscu).

2 listopada 2010

Coś w tym jest cz. 2

Komentarz pod ostatnim wpisem zmobilizował mnie do regularnego dodawania nowych treści. Ktoś tu jednak zagląda!

Na razie wrzucam filmik z innego źródła. Za blog ogółem wezmę się w połowie listopada.

14 września 2010

Coś w tym jest

Zaprezentowany w styczniu, iPad jest bez wątpienia najbardziej znaczącym elektronicznym gadżetem jaki pojawił się na rynku w tym roku. Trudno bowiem oczekiwać, że najbliższych trzech miesiącach pojawi się coś, co inni producenci elektroniki będą próbowali naśladować z taką lubością, jak to ma miejsce w przypadku produktu firmy Apple. Ale po okresie zachwytów przyszła pora na realną oceną samej koncepcji tabletów. No i jak widać, archaiczne rozwiązania górują nad nimi przynajmniej w jednej dziedzinie.



12 sierpnia 2010

Brat bratu zgotował ten los

Przekazując 90 tys. zł komornikowi, poseł do Parlamentu Europejskiego Jacek Kurski zakończył w tym tygodniu sprawę licytacji swojego bmw x5. Licytacja była pokłosiem procesów z wydającą „Gazetę Wyborczą” spółką Agora, przegranych przez pan posła Kurskiego. Historię konfliktu sam zresztą dość sprawnie opowiedział w poniższym klipie:




W tym filmie nie ma jednak dość istotnej informacji. Jednym z ważnych przedstawicieli kadry kierowniczej, odsądzanej od czci i wiary przez pana posła Kurskiego Agory, jest inny pan Kurski. Jarosław, starszy brat Jacka, jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Został nim na początku 2007 r., a więc osiem miesięcy przed wypowiedzią brata, której pokłosiem miała być licytacja bmw x5, ale też na pół roku przed pierwszym niekorzystnym dla brata wyrokiem sądowym w tej sprawie. Z „Gazetą Wyborczą” związany jest zaś od początku lat 90. XX wieku.

29 lipca 2010

Nieistniejący priorytet pocztowy

Kilka lat temu, Poczta Polska wprowadziła podział przesyłek na ekonomiczne i priorytetowe. Jego jedynym kryterium jest szybkość doręczenia, która dla przesyłek priorytetowych ma wynosić jeden dzień roboczy. Prawdopodobieństwo, że jakakolwiek przesyłka priorytetowa dojdzie do adresata w tym terminie jest jednak takie jak to, czy rzucając monetą otrzyma się orła czy reszkę. I to prawie dosłownie takie.

Z badań Urzędu Komunikacji Elektronicznej (kiedyś zwał się Urzędem Regulacji Telekomunikacji i Poczty i mimo zmiany nazwy kwestie pocztowe zostały w jego kompetencji) wynika, że zaledwie 56,2 proc. paczek priorytetowych nadanych między 20 kwietnia 2009 r. a 26 kwietnia 2010 r. dotarło do adresata po jednym dniu roboczym. Z podobnych analiz, prowadzonych miedzy majem a wrześniem 2008 r. oraz lipcem a listopadem 2007 r. wynika przy tym, że terminowość dostarczania paczek priorytetowych powoli, ale systematycznie się pogarsza. W latach 2007-2008 następnego dnia roboczego docierało do adresata jeszcze prawie 58 proc. takich przesyłek.

Jeszcze gorzej jest z listami. Z badań prowadzonych dla UKE przez cały 2009 r. wynika, że następnego dnia roboczego do adresata docierało wtedy 52,7 proc. listów priorytetowych. Rok wcześniej było to jeszcze 66,3 proc.

Najtańszy list priorytetowy jest droższy od najtańszego listu zwykłego o 40 gr. Niby niewiele, ale z drugiej strony o jedną czwartą więcej. Różnica w cenie najtańszych paczek wynosi 1 zł 50 gr, czyli niespełna 16 proc. Warto się więc zastanowić czy jest sens płacić więcej za coś czego prawdopodobieństwo przypomina wynik rzutu monetą.

19 lipca 2010

Czy Telekomunikacja Polska wie kiedy powstała?

Chyba nie. A przynajmniej na to wskazuje komunikat opublikowany na stronie TP, przy okazji wyboru jej oferty na trzyletnie świadczenie usług operatora rozległej sieci transmisji danych dla ZUS.

Zlecenie ma niebagatelną wartość 31,6 mln zł brutto. I jak chełpi się operator, jest przedłużeniem trwającej od ponad 20 lat współpracy TP i ZUS. Dosłownie zdanie to brzmi następująco:

„TP już od ponad 20 lat jest dostawcą usług teleinformatycznych dla ZUS.”

Problem tylko w tym, że choć wydaje się, że TP jest z nami od zawsze, to spółka ta powstała w grudniu 1991 r., a świadczenie usług rozpoczęła 1 stycznia 1992 r. Ma więc niecałe 19 lat, a tym samym nie może komukolwiek świadczyć usług przez lat ponad 20.

Bezpośrednio przed powstaniem TP usługi telekomunikacyjne i pocztowe świadczyło przedsiębiorstwo o wdzięcznej nazwie: Polska Poczta, Telegraf i Telefon. Podzielono je na Pocztę Polską i Telekomunikację Polską.

Niewielu zapewne też wie, że od francuskiego molocha, epatującego w nazwie polskością, starsza jest Netia. Spółka ta została zawiązana 13 lipca 1990 r. Wpis do Rejestru Handlowego uzyskała zaś 7 września 1990 r. Nie równało się to jeszcze rozpoczęciu świadczenia usług, ani nawet pojawieniu marki Netia - słowo to pojawiło się w nazwie operatora dopiero w 1997 r. – ale jako przedsiębiorstwo, Netia jest starsza od TP! Stała się bowiem Netią w wyniku prostej zmiany nazwy, a nie dzielenia lub łączenia innych przedsiębiorstw.

12 lipca 2010

Właściciele Merlina.pl znaleźli frajerów

W piątek gruchnęła wieść, że Narodowy Fundusz Inwestycyjny Empik Media & Fashion (dalej będę go zwał Empikiem, choć należą do niego również sklepy Smyk i trochę innych) przejmie Merlin.pl. Ma się to odbyć poprzez połączenie sklepu internetowego Empiku z Merlinem.pl, w zamian za co Empik otrzyma 60 proc. akcji spółki Merlin.pl. Jeszcze w tym roku dotychczasowi właściciele Merlina.pl mają otrzymać od Empiku 11,5 mln zł. Rok później mają dostać kolejne 17,2 mln zł. Do końca 2012 r. chcą zaś jeszcze skasować 86,4-101,4 mln zł – tym razem, albo ze sprzedaży pozostałych im akcji Merlina.pl na giełdzie, albo z kasy Empiku jeśliby do debiutu giełdowego nie doszło lub nie udało się z giełdy ściągnąć takich pieniędzy na jakie liczą.

Merlina.pl wyceniono łącznie na 115-130 mln zł. Bardzo, bardzo drogo, jak na firmę zarządzaną gorzej niż przeciętny sklepik osiedlowy. Bo mimo niewątpliwej popularności (kto nigdy tam nic nie kupił?) i aury sukcesu budowanej przez właścicieli, Merlin.pl to finansowy trup i jego właściciele nie byliby w stanie dokładać do interesu w nieskończoność. Ale od początku…

Merlin.pl to dziecko Zbigniewa Sykulskiego. Zwał się początkowo Merlin.com.pl, a oficjalnie wystartował w prima aprilis 1999 r. W rzeczywistości rozpoczął sprzedaż już w październiku 1998 r. Był wtedy typową księgarnią i należał do wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Już podczas walnego zgromadzenia w 2003 r. zarząd wnioskował o uchwałę o dalszym istnieniu spółki. Formalnie dlatego, że skumulowana strata do końca 2002 r. sięgnęła 8,7 mln zł i przekroczyła połowę kapitału zakładowego. A naprawdę prawie się z nim zrównała — choć był podwyższany, wynosił 8,9 mln zł.

Ujemny wynik finansowy na początku działalności można zrozumieć. Firma budowała wizerunek, a internet nie był tak popularny jak dzisiaj. Akt założycielski Merlina.pl podpisano w listopadzie 1997 r., czyli dwa lata przed pojawieniem się Neostrady. Nawet duże firmy nie miały wtedy stron WWW czy adresów e-mail.

W 2002 r. Prószyński i S-ka sprzedała pion czasopism Agorze (m.in. "Gazeta Wyborcza", radio Tok FM, radio Złote Przeboje i firma reklamy zewnętrznej AMS). Miał tam trafić i Merlin.pl, ale strony transakcji nie dogadały się co do jego ceny. Mimo to e-biznes opuścił spółkę Prószyński i S-ka. Głównym udziałowcem Merlina.pl został jego pomysłodawca - Zbigniew Sykulski.

W 2004 r. pojawił się zysk. E-sklep zarobił na czysto 0,6 mln zł przy 31,4 mln zł przychodów. Ale w 2005 r., mimo wzrostu przychodów do 42 mln zł, zysk stopniał do zaledwie 0,1 mln zł. Mniej więcej wtedy Merlina.pl dokapitalizował Piotr Wilam, pierwszy szef portalu Onet. Sąd rejestrowy zakwestionował jednak pierwszy z proponowanych sposobów rozliczenia transakcji. Uznał, że ze względu na powtarzające się straty, kapitał przypadający na trzy czwarte udziałów pozostających w rękach dotychczasowych wspólników, w dużej mierze istniał tylko na papierze.

W 2006 r. spółka obniżyła kapitał zakładowy z 13 do 1,3 mln zł. Powód? Stworzenie rezerwy bilansowej na pokrycie strat. Tylko w 2006 r. wyniosły one 6,8 mln zł. Rok później wzrosły do 9,8 mln zł. W roku 2008 Merlin.pl pobił rekord - stracił 10,1 mln zł. W ubiegłym roku, z przychodami ze sprzedaży na poziomie 101 mln zł, Merlin.pl był na minusie prawie 0,7 mln zł.

Sprzedając za grubo ponad 100 mln zł spółkę, w której efemeryczny zysk był jedynie epizodem, akcjonariusze Merlina.pl zrobili więc doskonały interes. Nabywców można zaś nazwać frajerami. Tyle, że Empik to firma giełdowa, w której akcjonariacie pod koniec 2009 r. było przynajmniej 12 z 14 działających OFE. Sklep-bankruta mogła więc pośrednio kupić znaczna część Polaków. Czy tak się stało nie wiadomo, bo przy relatywnie małych pakietach akcji OFE nie muszą na bieżąco informować o zmianach swojego zaangażowania kapitałowego w poszczególne spółki. Pewne jest jednak, że cieszyć się nie mogą uczestnicy Aviva OFE, bo ma on aż 11,9 proc. akcji Empiku. Ponad 5 proc. akcji Empiku mają też firmy zarządzające funduszami inwestycyjnymi Arka i Pioneer.

18 kwietnia 2010

Bezwypadkowy samolot tanio sprzedam

W zasadzie nie wiem czy tanio. W każdym razie za 3,2 mln dolarów amerykańskich. Ale nie chodzi o cenę, lecz o treść ogłoszenia, które znalazłem w „Pulsie Biznesu” z wtorku 13 kwietnia 2010 r.

W zasadzie ogłoszenie jak ogłoszenie. Opis maszyny, cena, kontakt do sprzedającego. Tuż przed końcem znalazło się jednak słowo „bezwypadkowy”. W ogłoszeniu opublikowanym dokładnie trzy dni po katastrofie prezydenckiego tupolewa, ta sztampowa formułka, znana z ogłoszeń motoryzacyjnych, nabiera specyficznego znaczenia.


17 kwietnia 2010

Czy podatki to rozyrwka?

Dla nikogo normalnego nie. Ale kierownictwo Urzędu Skarbowego w Grodzisku Mazowieckim jest chyba innego zdania. W tamtejszym kinie miało się wczoraj odbyć spotkanie informacyjne dotyczące zasad rejestracji działalności gospodarczej w ramach tzw. jednego okienka oraz zasad realizacji zobowiązań podatkowych. Jego adresatami miały być osoby, które niedawno rozpoczęły lub dopiero zamierzają rozpocząć prowadzenie działalności gospodarczej.

Spotkanie zostało odwołane. Przyczyna? Żałoba narodowa.

Oficjalny komunikat w tej sprawie brzmi następująco:

„Naczelnik Urzędu Skarbowego w Grodzisku Mazowieckim informuje, że w związku z ogłoszeniem żałoby narodowej, po konsultacji z Burmistrzem Miasta i Gminy Grodzisk Mazowiecki podjęto decyzje o odwołaniu spotkania informacyjnego dla podatników, które miało odbyć się w piątek 16 kwietnia 2010r. godz. 10,00 w sali kinowej Centrum Kultury w Grodzisku Mazowieckim przy ul. Spółdzielczej 9. Spotkanie odbędzie się w późniejszym terminie.”

Zaiste kuriozalna argumentacja. Istotą żałoby – zarówno tej narodowej jak i zupełnie prywatnej – jest powstrzymanie się od rozrywek, np. koncertów czy zawodów sportowych. Jaki związek z jakąkolwiek żałobą ma informowanie ludzi o zasadach rozliczeń podatkowych? Czy jakikolwiek początkujący przedsiębiorca, najczęściej prowadzący zapewne jednoosobową działalność gospodarczą, przyszedłby na to spotkanie w celach rozrywkowych? A wreszcie, czy grodziski urząd z okazji żałoby przestał egzekwować obowiązki podatkowe?

5 kwietnia 2010

Ludzie Tuska przebili Kołodkę i Leppera

W ostatnich dniach zaostrzył się spór między Radą Polityki Pieniężnej a zarządem NBP. Dotyczy on sposobu wykorzystania zysku NBP. Rada chciałaby przeznaczyć go na pokrycie deficytu budżetu państwa. Pomysł nie nowy, bo zgłoszony na przełomie 2005 i 2006 r. przez Andrzeja Leppera, a w roku 2003 przez Grzegorza Kołodkę. A i tło takich zapędów się na przestrzeni lat nie zmienia. Taki czy inny rząd nie ma chęci ani koncepcji wprowadzenia jakichkolwiek zmian strukturalnych, które przyczyniłyby się do zmniejszenia deficytu budżetowego, aż w końcu zaczyna mieć przysłowiowy nóż na gardle. Wtedy spogląda na bilans NBP i widzi tam miliardy oszczędności wynikających ze zmian kursu złotego wobec walut obcych. Tak drobny szczegół jak to, że NBP działalności gospodarczej sensu stricto nie prowadzi i rezerwy tej instytucji to raczej zapisy księgowe niż realne pieniądze, jest oczywiście ignorowany.

Aktualna awantura pokazała jednak skrajny brak szacunku dla zasad demokratycznego państwa prawnego ze strony członków Rady Polityki Pieniężnej desygnowanych przez zaplecze polityczne rządu Donalda Tuska. Grupa ta mając większość w radzie przegłosowała zmianę zasad tworzenia rezerwy rewaluacyjnej. Niby w porządku bo rada ma do tego prawo. Tyle, że jej uchwała została podjęta 30 marca 2010 r., a ma być zastosowana do sprawozdania finansowego za rok 2009.

Nic to, że Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że zmiany podatkowe muszą być podejmowane na tyle wcześnie by można je opublikować co najmniej miesiąc przed rozpoczęciem roku podatkowego, którego mają dotyczyć. Nic to, że orzekł także, że niektóre zmiany w prawie wyborczym powinny mieć miejsce co najmniej pół roku przed wyborami, rozumianymi nie tylko jako sam akt głosowania, ale jako całość czynności objętych kalendarzem wyborczym. Nominaci pana Tuska uznali, że zmian zasad księgowania obowiązujących w NBP można dokonywać trzy miesiące po zakończeniu roku, którego mają dotyczyć!

A przecież nawet pan Lepper dbał o to by wszystko było lege artis i przed dobraniem się do rezerwy rewaluacyjnej chciał zmienić ustawę o NBP. Pan Kołodko postawił zaś na „urobienie” NBP, czyli klasyczną metodę dogadywania się rządów z niezależnymi instytucjami państwowymi w krajach demokratycznych. A mimo to Hanna Gronkiewicz-Waltz publicznie wypowiadała się przeciwko jego pomysłom. Gdy w dużo brutalniejszy sposób, skoku na NBP dokonują jej polityczni poplecznicy, sprzeciwów byłej szefowej banku centralnego jakoś nie słychać. Siedzi sobie cicho w pewnym pałacu, na placu – nomen omen - Bankowym.

7 lutego 2010

Raczej krętacz niż dobroczyńca

Sporą popularność w mediach zyskał swego czasu legnicki piekarz Waldemar Gronowski. Fiskus nałożył na niego karę, której nie zdołał zapłacić, w wyniku czego zamknął piekarnię i został bezrobotnym. Na lewo i prawo przedstawiał się przy tej okazji jako ofiara bezduszności organów skarbowych. Miał być ukarany za to, że nie płacił podatku od pieczywa przekazywanego stołówce dla biednych, domom dziecka i szkolnym świetlicom.

Tyle, że pan Gronowski nie jest taki święty za jakiego chce uchodzić, a raczej cwaniaczkiem robiącym niekiepskie przewały w księgowości. Wskazuje na to dokumentacja jego sporu z fiskusem, zakończonego ledwie kilka dni temu prawomocnym wyrokiem NSA.

Legnicki piekarz po prostu nie ewidencjonował części sprzedaży i unikał tym samym podatku dochodowego i VAT. Urzędnicy skarbowi doszli do tego wniosku porównując ilość kupowanych przez piekarnię surowców do produkcji z ilością sprzedawanego pieczywa. Pan Gronowski kwestionował oczywiście opinię powołanego na tę okoliczność biegłego, ale naprawdę trudno uwierzyć w to, że w ciągu roku w piekarni rozsypało się lub zostało zmarnowane w wyniku awarii maszyn 19,5 tony mąki. Toż to skrajna niegospodarność! Ponad 50 kilogramów dziennie licząc z niedzielami i świętami. Jak zwykła, nieprzemysłowa, piekarnia była w stanie istnieć pozwalając sobie na takie marnotrawstwo?

Dziwnym trafem, kontrola skarbowa w cudowny sposób doprowadziła też do zwiększenia obrotów rejestrowanych na kasie fiskalnej. W całym 2003 r. (tego roku dotyczyła kontrola) zaewidencjonowano 9942 takie transakcje, co oznaczałoby, że piekarnia miała 33 klientów dziennie. Tymczasem, tylko w kwietniu 2005 r. (trwała już kontrola) operacji takich było 1646, co oznacza 63 klientów dziennie. Gdy w maju 2005 r. kontrolerzy fiskusa szczególnie uważnie zaczęli przyglądać się kasie nastąpiła zaś prawdziwa eksplozja sprzedaży. Piekarnia zarejestrowała 6338 transakcji, czyli 264 klientów dziennie. Średni utarg dzienny rejestrowany przez kasę osiągnął 631 zł 60 gr, podczas gdy jeszcze w styczniu wynosił zaledwie 90 zł 60 gr. Wzrósł więc prawie siedmiokrotnie! Patrząc na doświadczenia legniczanina, każdy uczciwy przedsiębiorca powinien więc błagać – i to na kolanach – urząd skarbowy o przeprowadzenie kontroli. Siedmiokrotny wzrost obrotów to przecież nie lada gratka. Tylko w maju 2005 r. firma pana Gronowskiego zaewidencjonowała przecież sprzedaż równą 64,2 proc. sprzedaży z całego roku 2003.

Na ten cudowny wzrost popytu na wypieki pan Gronowski miał oczywiście wytłumaczenie. Jego zdaniem, skokowy wzrost sprzedaży spowodowało wprowadzenie do oferty słodkich bułek i zamieszczenie nad sklepem reklamy.

Już WSA we Wrocławiu uznał takie tłumaczenie za nieprzekonujące. Z czym zresztą trudno się nie zgodzić.

„Sąd, uwzględniając w tym zakresie doświadczenie życiowe, podziela pogląd (…) że czynniki te nie miały wpływu lub tylko minimalny na sprzedaż w sklepie. Gdy chodzi o umieszczenie szyldu nad sklepem, który w tym miejscu funkcjonuje od wielu lat, to trudno przeceniać wpływ takiej reklamy na wzrost obrotów. (…) Podobnie, wprowadzenie do sprzedaży słodkich bułek, niezależnie od ich walorów smakowych, nie stanowi w obecnych czasach takiej atrakcji, aby efektem tego było 7 - krotne zwiększenie sprzedaży. Ponadto, sklep cały czas miał w ofercie różnego rodzaju słodkie bułki, o czym świadczy chociażby bardzo duża ilość zużywanej do wypieków (…) marmolady.”

Co do przekazywania pieczywa na cele charytatywne, to rzeczywiście część kary wynikała z nienaliczenia podatku od tych darowizn. Takie były bowiem przepisy w roku 2003, którego dotyczyła kontrola skarbowa (potem zostały zmienione). Warto jednak zauważyć, że była to część relatywnie niewielka. Zaledwie 6 proc. ogółu kary. Pozostałe 94 proc. wynikało z machlojek księgowych piekarza.

Zresztą i sama działalność społeczna nie wyglądała tak jak przedstawiał ją legniczanin. Na cele charytatywne przekazywał on to co nie sprzedało się w sklepach, do których dostarczał pieczywo. Ile tego było trudno było określić, bo pan Gronowski i jego hurtowi klienci nie ewidencjonowali zwrotów. Tylko jedna firma miała w tym zakresie kompletną dokumentację i właśnie przy jej wykorzystaniu fiskus ustalił szacunkowo średni wskaźnik wielkości zwrotów. Okazał się on zresztą zbieżny z ustnymi zeznaniami innych kontrahentów piekarni. Wskaźnik ten, odniesiony do ustalonej przez biegłego wielkości produkowanego pieczywa, pozwolił organom skarbowym i sądom na stwierdzenie, że przyjęta do opodatkowania wielkość darowanego chleba była niższa niż twierdził pan Gronowski.

Ten ostatni wskazał dziewięć instytucji, do których miał nieodpłatnie przekazywać pieczywo. Kolejne kilka pojawiło się w piśmie komitetu społecznego, który powstał w celu walki o zwolnienie piekarza z podatku od darowizn. Pracownicy fiskusa wystąpili do nich z prośbą o potwierdzenie otrzymania darowizn. Na 15 indagowanych organizacji, jedynie pięć potwierdziło dobroczynność pana Gronowskiego.

28 stycznia 2010

Krawaciarskie klimaty polskiego dziennikarstwa

Zajrzałem do gazety i natknąłem się na pewien artykuł. Już tzw. lead był frapujący:

„Zwolennicy luzu w biurowej modzie mają teraz za sobą ekologię. Pracownicy „pod krawatem” nie obejdą się latem bez klimatyzacji, a zimą podkręcają ogrzewanie”

Potem było kilka zdań o tym, że na forum ekonomicznym w Davos organizatorzy oczekują od uczestników braku krawatów, co ma sprzyjać swobodniejszej wymianie zdań. Ale każde następne zdanie tekstu wprawiało mnie w coraz większe osłupienie.

„Zwolennikom luzu w biurowej modzie sprzyja teraz dodatkowo walka z globalnym ociepleniem. Ekolodzy argumentują, że formalny biznesowy styl jest bardzo energochłonny; latem zwiększa zużycie klimatyzacji, a zimą ogrzewania, nie wspominając o energii na prasowanie koszul i bluzek.”

I dalej:

„W światowej czołówce proekologicznych zmian w modzie są władze Japonii, które tej zimy zachęcały pracowników biur, by klasyczny zestaw garnitur i koszulę z krawatem zamienili na ciepłe swetry, golfy i kamizelki. To by pozwoliło obniżyć temperaturę w biurach do 19 – 20 stopni C zamiast standardowych 24 – 25 stopni C i ograniczyć zużycie energii a więc emisję CO2.”

Przyszło mi na myśl, że brak tu energetycznych kosztów wytworzenia koszul i krawatów w porównaniu do swetrów, golfów i kamizelek. Poza tym wszyscy przecież wkładamy swetry, golfy czy kamizelki na gołe ciało i w przeciwieństwie do koszul i bluzek nigdy ich nie prasujemy.

Czytałem jednak dalej:

„Podobną „bezkrawatową” kampanię władze Japonii od kilku lat prowadzą latem, zachęcając do rezygnacji z garniturów i krawatów na rzecz koszul z krótkim rękawem.”

To już lepszy pomysł. Ale dlaczego taki na pół gwizdka? Posuńmy się dalej. Zwłaszcza wśród pań. Topless to dopiero energooszczędność.

„Letnie akcje proekologicznego poluzowania stroju coraz częściej są też prowadzone w firmach. Gdy przed kilkoma tygodniami grupa pracowników z Bombaju rozpoczęła kampanię przeciw krawatom głównym argumentem była właśnie ochrona środowiska. Protestujący argumentowali, że w krawatach ludzie czują się cieplej, więc podkręcają klimatyzację, zwiększając tym samym emisję CO2.”

Nie rozumiem. Przecież zaledwie akapit wcześniej było napisane, że Japończycy uważają, że w krawatach ludziom jest za zimno i rezygnacja z nich pozwoli zaoszczędzić na ogrzewaniu.

Nie poddałem się. Przeczytałem jeszcze kilka linijek:

„Letnia rezygnacja z garnituru staje się modna w biurach Hiszpanii i we Włoszech, gdzie koncern energetyczny Eni w ramach akcji „Eni zdejmuje krawat” zachęca pracowników do mniej formalnego stroju, by ograniczyć zużycie energii i zwiększyć komfort pracy. Koncern wyliczył, że utrzymując w biurach temperaturę o 1 stopień wyższą, firma zmniejsza o 9 proc. zużycie energii na klimatyzację, co w sezonie redukuje emisję CO2 o 175 ton.”

Wreszcie do mnie dotarło. Noszenie krawatów powoduje, że w zimę trzeba zużywać więcej energii na ogrzewanie, a w lecie na chłodzenie pomieszczeń. Krawat to po prostu główny odpowiedzialny za emisję dwutlenku węgla!

Autorką artykułu „Krawat a globalne ocieplenie” jest Anita Błaszczak, a został on opublikowany w „Rzeczpospolitej” z 27 stycznia 2010 r. Dwa dni wcześniej, podczas procesu o ochronę dóbr osobistych, który prezydentowi Sopotu Jackowi Karnowskiemu (ewidentnemu krawaciarzowi) wytoczył biznesmen Sławomir Julke, wyszło na jaw, że Piotr Kubiak współautor opublikowanego w "Rzeczpospolitej" tekstu o relacjach panów Karnowskiego i Julkego, otrzymał od tego ostatniego przelew na kwotę 5 tys. zł. Dla Pawła Lisickiego, redaktora naczelnego gazety, to jednak nie problem.

I pomyśleć, że „Rzeczpospolita” była kiedyś w Polsce niedościgłym wzorem dziennikarstwa.

Wracając do kwestii krawatów. Warto pamiętać, że „klient w krawacie jest mniej awanturujący się”.

17 stycznia 2010

Żegnamy wydawnictwa książkowe?

Telewizja miała unicestwić radio, a wideo – kina. Nic takiego się jednak nie stało. Całkiem prawdopodobne wydaje się za to, że znikną papierowe książki i ich wydawnictwa W każdym razie większość z nich.

Przed świętami Bożego Narodzenia 2009 roku, sklep internetowy Amazon.com sprzedał mniej klasycznych, papierowych książek niż e-booków przeznaczonych dla czytnika Kindle. Pierwsza jego wersja pojawiła się w 2007 r. a obecnie można nań pobrać 390 tys. tytułów. Ponad 300 tys. z nich to publikacje anglojęzyczne, ale w październiku 2009 r. Amazon.com zaczął oferować dostawy swojego czytnika e-booków do 100 innych krajów niż USA, więc elektronicznych książek w językach innych niż angielski będzie przybywać. Tym bardziej, że pomysł ikony e-handlu kopiują inni. Nawet w Polsce powstał projekt eClicto, za którym stoi grupa kapitałowa Kolporter.

Po co więc przeciętnemu autorowi firmy zwane wydawnictwami? Przy książkach papierowych zajmują się adiustacją tekstu, zamawianiem usług poligraficznych, dystrybucją oraz promocją gotowych już książek. Te trzy ostatnie kwestie wymagają przy tym zaangażowania poważnych środków finansowych. Ale przy e-bookach? Poligrafia i dystrybucja właściwie przestają istnieć, bo sprowadzają się do dostarczenia tekstu książki w pliku o odpowiednim formacie do sklepu internetowego. Jest to w zasadzie przedsięwzięcie bezkosztowe. Redaktora, który wcześniej przejrzy tekst pod względem językowym, autor też może znaleźć samemu.

Wydaje się więc, że jedyne do czego może się przydać firma zwana wydawnictwem to promocja tytułu. Tyle, że era Internetu zakwestionowała już i takie podejście. Wykazała przy tym dość kiepskie wyczucie rynku ze strony oficyn książkowych. „Thunderland”, debiutancka powieść Brandona Massey’a, nie znalazła początkowo uznania przemysłu wydawniczego. W 1999 r. została więc przez autora opublikowana w systemie druku na żądanie, bazującym na technologii cyfrowej, gorszej jakościowo od typowego książkowego offsetu, ale pozwalającej na druk każdego egzemplarza dopiero po tym jak przez Internet wpłynęło zamówienie od konkretnego czytelnika. Jaki popełnili błąd, wydawcy mogli się przekonać dopiero w 2002 r. Wtedy Brandon Massey związany był już kontraktem z jednym z tradycyjnych wydawnictw, a reedycja jego opowiadania trafiła do oferty Amazon.com. Gdy informację o tym, opublikował w sieci, w ciągu zaledwie sześciu godzin jego dzieło w rankingu bestsellerów skoczyło z pozycji w okolicach 1,3 mln na trzytysięczną.

Do czego jest więc potrzebny przeciętnemu autorowi, doliczający swoją prowizję do wszystkiego czego się tknie, pośrednik jakim jest wydawnictwo? Może się przydać do koordynacji prac nad dziełami zbiorowymi o dużej dozie wiedzy specjalistycznej, np. encyklopediami, leksykonami. Zapewne przetrwają też wydawnictwa specjalizujące się w publikacjach trudnych do digitalizacji np. albumach i atlasach. Ale czy w erze e-booków jest miejsce dla pozostałych?

14 stycznia 2010

Składam na emeryturę, nie na dziurę

Kilka dni temu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej narodził się dokument zatytułowany: „Założenia do projektu ustawy zmieniającej ustawę o emeryturach kapitałowych oraz niektóre inne ustawy”. Relacjonujące go media skoncentrowały się na zawartej w nim propozycji jednorazowej wypłaty środków z OFE po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Pomijając kwestię tego czy jest to rozwiązanie dobre czy złe, warto zwrócić uwagę, że gdyby proponowane zmiany weszły w życie, to z OFE niewiele byłoby do wypłacenia, a pokolenie dzisiejszych 20, 30-latków byłoby zdane na łaskę ZUS, od którego niewydolności reforma emerytalna z końca XX wieku miała ich przynajmniej częściowo uniezależnić.

Każdy urodzony w 1969 r. i później odkłada na emeryturę blisko 20 proc. swojej pensji brutto (trochę inaczej jest w przypadku bardzo dobrze zarabiających, ale zważywszy, że większości to nie dotyczy, dla czystości rozważań pominę ten wątek). Do ZUS wysyłane jest 12,22 proc., do OFE 7,3 proc. Tymczasem peeselowska minister Jolanta Fedak, proponuje by do OFE trafiało zaledwie 3 proc. pensji brutto, a do ZUS – 16,52 proc.

Przeciwko OFE podnosi się wiele argumentów. Główne dotyczą tego, że zarządzające nimi PTE za dużo zarabiają na składkach emerytalnych i mało efektywnie pomnażają powierzone im środki. Tyle, że nowe pomysły nie zmierzają do usunięcia tych mankamentów. W uzasadnieniu proponowanych zmian można przeczytać:

"Projektowana regulacja spowoduje zmniejszenie części składki emerytalnej przekazywanej do OFE z obowiązującej obecnie stawki 7,3% podstawy wymiaru do poziomu 3% i zaksięgowaniu tej różnicy w dochodach FUS (ok 13 mld zł w 2010 r.).

W związku z tym, po stronie budżetu państwa zmniejszeniu ulegną rozchody z tytułu transferu do FUS dotyczące ubytku składki przekazanej do OFE (ok 13 mld zł w 2010 r.), co nie będzie miało wpływu na deficyt budżetu państwa. Jednocześnie spowoduje to zmniejszenie potrzeb pożyczkowych budżetu państwa tj. emisji SPW (ok 13 mld zł w 2010 r.), co będzie miało wpływ na spadek wydatków budżetu państwa przeznaczonych na koszty obsługi zadłużenia i tym samym redukcje deficytu budżetowego oraz na zmniejszenie się państwowego długu publicznego (w 2010 r o ok 13 mld zł zwiększone o koszty obsługi)."

W ludzkim języku znaczy to, że składki emerytalne moje i moich rówieśników mają posłużyć załataniu dziury w budżecie państwa. Na to absolutnie się nie zgadzam, bo blisko 20 proc. mojej pensji to składka na emeryturę, a nie na dziurę. I myślę, że szybciej będę miał jakiś pożytek z tych 7,3 proc. trafiających do OFE niż 12,22 proc., które już teraz inkasuje ZUS. Bo jaka jest efektywność tej ostatniej instytucji to każdy wie.

Co do dziury budżetowej to mam dwie zasadnicze propozycje: zmniejszyć liczbę urzędników i zlikwidować KRUS. Niech wieśniacy płacą takie same składki jak mieszczuchy.

Na koniec, pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jedno zdanie z dokumentu, pod którym podpisała się dyrektor departamentu prawnego Magdalena Fabisiak:

"Obecna wysokość składek przekazywanych do OFE zwiększa deficyt sektora finansów publicznych i powoduje wzrost kosztów obsługi długu publicznego."

Niech mi zatem pani dyrektor wskaże jedno zobowiązanie finansowe, które w imieniu państwa zaciągnął jakikolwiek OFE lub zarządzające nim PTE. Jedno, i to choć na jeden złoty. Nie ma? Zatem tego zdania nie da się nazwać inaczej niż kłamstwem.</ p>