28 stycznia 2010

Krawaciarskie klimaty polskiego dziennikarstwa

Zajrzałem do gazety i natknąłem się na pewien artykuł. Już tzw. lead był frapujący:

„Zwolennicy luzu w biurowej modzie mają teraz za sobą ekologię. Pracownicy „pod krawatem” nie obejdą się latem bez klimatyzacji, a zimą podkręcają ogrzewanie”

Potem było kilka zdań o tym, że na forum ekonomicznym w Davos organizatorzy oczekują od uczestników braku krawatów, co ma sprzyjać swobodniejszej wymianie zdań. Ale każde następne zdanie tekstu wprawiało mnie w coraz większe osłupienie.

„Zwolennikom luzu w biurowej modzie sprzyja teraz dodatkowo walka z globalnym ociepleniem. Ekolodzy argumentują, że formalny biznesowy styl jest bardzo energochłonny; latem zwiększa zużycie klimatyzacji, a zimą ogrzewania, nie wspominając o energii na prasowanie koszul i bluzek.”

I dalej:

„W światowej czołówce proekologicznych zmian w modzie są władze Japonii, które tej zimy zachęcały pracowników biur, by klasyczny zestaw garnitur i koszulę z krawatem zamienili na ciepłe swetry, golfy i kamizelki. To by pozwoliło obniżyć temperaturę w biurach do 19 – 20 stopni C zamiast standardowych 24 – 25 stopni C i ograniczyć zużycie energii a więc emisję CO2.”

Przyszło mi na myśl, że brak tu energetycznych kosztów wytworzenia koszul i krawatów w porównaniu do swetrów, golfów i kamizelek. Poza tym wszyscy przecież wkładamy swetry, golfy czy kamizelki na gołe ciało i w przeciwieństwie do koszul i bluzek nigdy ich nie prasujemy.

Czytałem jednak dalej:

„Podobną „bezkrawatową” kampanię władze Japonii od kilku lat prowadzą latem, zachęcając do rezygnacji z garniturów i krawatów na rzecz koszul z krótkim rękawem.”

To już lepszy pomysł. Ale dlaczego taki na pół gwizdka? Posuńmy się dalej. Zwłaszcza wśród pań. Topless to dopiero energooszczędność.

„Letnie akcje proekologicznego poluzowania stroju coraz częściej są też prowadzone w firmach. Gdy przed kilkoma tygodniami grupa pracowników z Bombaju rozpoczęła kampanię przeciw krawatom głównym argumentem była właśnie ochrona środowiska. Protestujący argumentowali, że w krawatach ludzie czują się cieplej, więc podkręcają klimatyzację, zwiększając tym samym emisję CO2.”

Nie rozumiem. Przecież zaledwie akapit wcześniej było napisane, że Japończycy uważają, że w krawatach ludziom jest za zimno i rezygnacja z nich pozwoli zaoszczędzić na ogrzewaniu.

Nie poddałem się. Przeczytałem jeszcze kilka linijek:

„Letnia rezygnacja z garnituru staje się modna w biurach Hiszpanii i we Włoszech, gdzie koncern energetyczny Eni w ramach akcji „Eni zdejmuje krawat” zachęca pracowników do mniej formalnego stroju, by ograniczyć zużycie energii i zwiększyć komfort pracy. Koncern wyliczył, że utrzymując w biurach temperaturę o 1 stopień wyższą, firma zmniejsza o 9 proc. zużycie energii na klimatyzację, co w sezonie redukuje emisję CO2 o 175 ton.”

Wreszcie do mnie dotarło. Noszenie krawatów powoduje, że w zimę trzeba zużywać więcej energii na ogrzewanie, a w lecie na chłodzenie pomieszczeń. Krawat to po prostu główny odpowiedzialny za emisję dwutlenku węgla!

Autorką artykułu „Krawat a globalne ocieplenie” jest Anita Błaszczak, a został on opublikowany w „Rzeczpospolitej” z 27 stycznia 2010 r. Dwa dni wcześniej, podczas procesu o ochronę dóbr osobistych, który prezydentowi Sopotu Jackowi Karnowskiemu (ewidentnemu krawaciarzowi) wytoczył biznesmen Sławomir Julke, wyszło na jaw, że Piotr Kubiak współautor opublikowanego w "Rzeczpospolitej" tekstu o relacjach panów Karnowskiego i Julkego, otrzymał od tego ostatniego przelew na kwotę 5 tys. zł. Dla Pawła Lisickiego, redaktora naczelnego gazety, to jednak nie problem.

I pomyśleć, że „Rzeczpospolita” była kiedyś w Polsce niedościgłym wzorem dziennikarstwa.

Wracając do kwestii krawatów. Warto pamiętać, że „klient w krawacie jest mniej awanturujący się”.

17 stycznia 2010

Żegnamy wydawnictwa książkowe?

Telewizja miała unicestwić radio, a wideo – kina. Nic takiego się jednak nie stało. Całkiem prawdopodobne wydaje się za to, że znikną papierowe książki i ich wydawnictwa W każdym razie większość z nich.

Przed świętami Bożego Narodzenia 2009 roku, sklep internetowy Amazon.com sprzedał mniej klasycznych, papierowych książek niż e-booków przeznaczonych dla czytnika Kindle. Pierwsza jego wersja pojawiła się w 2007 r. a obecnie można nań pobrać 390 tys. tytułów. Ponad 300 tys. z nich to publikacje anglojęzyczne, ale w październiku 2009 r. Amazon.com zaczął oferować dostawy swojego czytnika e-booków do 100 innych krajów niż USA, więc elektronicznych książek w językach innych niż angielski będzie przybywać. Tym bardziej, że pomysł ikony e-handlu kopiują inni. Nawet w Polsce powstał projekt eClicto, za którym stoi grupa kapitałowa Kolporter.

Po co więc przeciętnemu autorowi firmy zwane wydawnictwami? Przy książkach papierowych zajmują się adiustacją tekstu, zamawianiem usług poligraficznych, dystrybucją oraz promocją gotowych już książek. Te trzy ostatnie kwestie wymagają przy tym zaangażowania poważnych środków finansowych. Ale przy e-bookach? Poligrafia i dystrybucja właściwie przestają istnieć, bo sprowadzają się do dostarczenia tekstu książki w pliku o odpowiednim formacie do sklepu internetowego. Jest to w zasadzie przedsięwzięcie bezkosztowe. Redaktora, który wcześniej przejrzy tekst pod względem językowym, autor też może znaleźć samemu.

Wydaje się więc, że jedyne do czego może się przydać firma zwana wydawnictwem to promocja tytułu. Tyle, że era Internetu zakwestionowała już i takie podejście. Wykazała przy tym dość kiepskie wyczucie rynku ze strony oficyn książkowych. „Thunderland”, debiutancka powieść Brandona Massey’a, nie znalazła początkowo uznania przemysłu wydawniczego. W 1999 r. została więc przez autora opublikowana w systemie druku na żądanie, bazującym na technologii cyfrowej, gorszej jakościowo od typowego książkowego offsetu, ale pozwalającej na druk każdego egzemplarza dopiero po tym jak przez Internet wpłynęło zamówienie od konkretnego czytelnika. Jaki popełnili błąd, wydawcy mogli się przekonać dopiero w 2002 r. Wtedy Brandon Massey związany był już kontraktem z jednym z tradycyjnych wydawnictw, a reedycja jego opowiadania trafiła do oferty Amazon.com. Gdy informację o tym, opublikował w sieci, w ciągu zaledwie sześciu godzin jego dzieło w rankingu bestsellerów skoczyło z pozycji w okolicach 1,3 mln na trzytysięczną.

Do czego jest więc potrzebny przeciętnemu autorowi, doliczający swoją prowizję do wszystkiego czego się tknie, pośrednik jakim jest wydawnictwo? Może się przydać do koordynacji prac nad dziełami zbiorowymi o dużej dozie wiedzy specjalistycznej, np. encyklopediami, leksykonami. Zapewne przetrwają też wydawnictwa specjalizujące się w publikacjach trudnych do digitalizacji np. albumach i atlasach. Ale czy w erze e-booków jest miejsce dla pozostałych?

14 stycznia 2010

Składam na emeryturę, nie na dziurę

Kilka dni temu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej narodził się dokument zatytułowany: „Założenia do projektu ustawy zmieniającej ustawę o emeryturach kapitałowych oraz niektóre inne ustawy”. Relacjonujące go media skoncentrowały się na zawartej w nim propozycji jednorazowej wypłaty środków z OFE po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Pomijając kwestię tego czy jest to rozwiązanie dobre czy złe, warto zwrócić uwagę, że gdyby proponowane zmiany weszły w życie, to z OFE niewiele byłoby do wypłacenia, a pokolenie dzisiejszych 20, 30-latków byłoby zdane na łaskę ZUS, od którego niewydolności reforma emerytalna z końca XX wieku miała ich przynajmniej częściowo uniezależnić.

Każdy urodzony w 1969 r. i później odkłada na emeryturę blisko 20 proc. swojej pensji brutto (trochę inaczej jest w przypadku bardzo dobrze zarabiających, ale zważywszy, że większości to nie dotyczy, dla czystości rozważań pominę ten wątek). Do ZUS wysyłane jest 12,22 proc., do OFE 7,3 proc. Tymczasem peeselowska minister Jolanta Fedak, proponuje by do OFE trafiało zaledwie 3 proc. pensji brutto, a do ZUS – 16,52 proc.

Przeciwko OFE podnosi się wiele argumentów. Główne dotyczą tego, że zarządzające nimi PTE za dużo zarabiają na składkach emerytalnych i mało efektywnie pomnażają powierzone im środki. Tyle, że nowe pomysły nie zmierzają do usunięcia tych mankamentów. W uzasadnieniu proponowanych zmian można przeczytać:

"Projektowana regulacja spowoduje zmniejszenie części składki emerytalnej przekazywanej do OFE z obowiązującej obecnie stawki 7,3% podstawy wymiaru do poziomu 3% i zaksięgowaniu tej różnicy w dochodach FUS (ok 13 mld zł w 2010 r.).

W związku z tym, po stronie budżetu państwa zmniejszeniu ulegną rozchody z tytułu transferu do FUS dotyczące ubytku składki przekazanej do OFE (ok 13 mld zł w 2010 r.), co nie będzie miało wpływu na deficyt budżetu państwa. Jednocześnie spowoduje to zmniejszenie potrzeb pożyczkowych budżetu państwa tj. emisji SPW (ok 13 mld zł w 2010 r.), co będzie miało wpływ na spadek wydatków budżetu państwa przeznaczonych na koszty obsługi zadłużenia i tym samym redukcje deficytu budżetowego oraz na zmniejszenie się państwowego długu publicznego (w 2010 r o ok 13 mld zł zwiększone o koszty obsługi)."

W ludzkim języku znaczy to, że składki emerytalne moje i moich rówieśników mają posłużyć załataniu dziury w budżecie państwa. Na to absolutnie się nie zgadzam, bo blisko 20 proc. mojej pensji to składka na emeryturę, a nie na dziurę. I myślę, że szybciej będę miał jakiś pożytek z tych 7,3 proc. trafiających do OFE niż 12,22 proc., które już teraz inkasuje ZUS. Bo jaka jest efektywność tej ostatniej instytucji to każdy wie.

Co do dziury budżetowej to mam dwie zasadnicze propozycje: zmniejszyć liczbę urzędników i zlikwidować KRUS. Niech wieśniacy płacą takie same składki jak mieszczuchy.

Na koniec, pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jedno zdanie z dokumentu, pod którym podpisała się dyrektor departamentu prawnego Magdalena Fabisiak:

"Obecna wysokość składek przekazywanych do OFE zwiększa deficyt sektora finansów publicznych i powoduje wzrost kosztów obsługi długu publicznego."

Niech mi zatem pani dyrektor wskaże jedno zobowiązanie finansowe, które w imieniu państwa zaciągnął jakikolwiek OFE lub zarządzające nim PTE. Jedno, i to choć na jeden złoty. Nie ma? Zatem tego zdania nie da się nazwać inaczej niż kłamstwem.</ p>