31 grudnia 2011

Jeśli bilet na karcie płatniczej to tylko kredytowej w Warszawie


W połowie grudnia 2011 r. BRE Bank ogłosił, że na kartach płatniczych będzie kodował bilety okresowe krakowskiej komunikacji miejskiej. Zaledwie 6 grudnia 2011 r. na karty Banku Handlowego w Warszawie, korzystającego z marki Citibank, trafiła w ten sposób łódzka migawka. Z początkiem listopada podobny ruch wykonał Bank Zachodni WBK w Białymstoku. Wygląda więc na to, że tak jak niedawno kredyty na dowód, tak teraz banki zaczną rozdawać karty płatnicze z funkcją biletów transportu lokalnego.

24 października 2011

Inwestowanie ociera się o absurd

Trwa właśnie kampania reklamowa Skarbiec TFI, w której pewien jegomość zachęca do kupowania jednostek funduszy inwestycyjnych, obiecując w zamian Audi A4 Coupe. By je dostać trzeba wpłacić 5 mln zł i trzymać je w funduszach minimum cztery lata. Warunek trochę abstrakcyjny, ale są też łatwiej dostępne nagrody. By dostać iPada z 16 GB pamięci i Wi-Fi wystarczy na trzy lata powierzyć Skarbiec TFI 50 tys. zł.



Podobnych ofert jest ostatnio coraz więcej. W publikowanych właśnie w prasie finansowej reklamach, odzieżowy Bytom zachęca do nabywania swoich akcji, kusząc potencjalnych współwłaścicieli firmy 30 proc. zniżką na garnitury. By skorzystać z opustu wystarczy choćby jedna akcja. Jej kupno trzeba zgłosić w spółce do końca maja 2012 r.

W emisji przeciągającej się aż do lipca, zachęcając do kupna akcji nowej emisji, laptopy w prezencie oferowała do 21 października spółkaInwazjaPC, prowadząca sieć sklepów z elektroniką. Trzeba tylko było zainwestować w nią co najmniej 60 tys. zł. Każdemu kto złożył zapis o wartości minimum 10 tys. zł oferowano bon zakupowy wartości 4 proc. kupionych akcji. Jeśli ktoś wyłożył na akcje ponad 50 tys. zł, to bon miał wartość 4 proc. różnicy między kwotą inwestycji a tymi 50 tys. Jeśli więc ktoś kupił akcje za 120 tys. zł to oferowano mu nie tylko laptopa, ale i 2400 zł w bonie.

W końcu września 2011 r. spółka Mex Polska, prowadząca restauracje i kluby muzyczne, zachęcała do nabywania swoich akcji 20 lub 30 proc. rabatami we wszystkich lokalach. Rabaty były dostępne dla nabywców minimum 500 akcji (20 proc. zniżki) lub 1001 akcji (30 proc.), którzy nie sprzedadzą ich przez rok. Progi nie były wysokie bo akcje rozprowadzano po 10 zł. Rabaty miały obowiązywać do końca 2013 r.

Nawet skarb państwa sprzedający w 2010 r. akcje tak dużej spółki jak Tauron Polska Energia, proponował przy okazji rabat na prąd dlainwestorów indywidualnych, którzy nie sprzedadzą akcji przez rok. Rabat tym większy im więcej akcji ktoś kupił. Ze zniżek na poziomie 5-15 proc. można korzystać od lipca 2011 do czerwca 2012 r.

To co w tych „promocjach” najciekawsze to nie nagrody lub zniżki, ale kompletne zaprzeczenie istocie inwestowania. Zachęcają przecież do nabywania jednostek funduszy lub akcji nie po to by po jakimś czasie na nich zarobić, tylko po to by dostać coś zupełnie innego. Wygląda więc na to, że TFI i spółki same nie wierzą, że są w stanie przysporzyć zysków inwestorom i przyznają, tym samym, że kto w nie zainwestuje jest frajerem. Jak bowiem nazwać tych, którzy inwestują w podmioty, które same nie wierzą w swoją zyskowność?

4 września 2011

Jeśli Getin Online to tylko online

Dziś opowiem historię jednego z klientów Getin Online, czyli internetowego oddziału Getin Noble Banku. Opisane wydarzenia rozegrały się jakieś dwa tygodnie temu, kiedy jegomościowi kończyły się założone w tym banku lokaty. Tuż przed ich zapadnięciem do właściciela lokat odezwała się pani przedstawiająca się jako Magdalena Niebudek, mieniąca się jego doradcą finansowym. W e-mailu napisała:

„W związku z kończącymi się niebawem Pana lokatami, starłam się skontaktować z Panem telefonicznie, jednak nie było to możliwe. Jako Pana doradca mam przygotowane  kilka ofert lokat dla przedłużenia, które nie są dostępne na naszej stronie internetowej, na korzystniejszych oczywiście warunkach. Są to lokaty promocyjne, dlatego uprzejmie proszę o informację kiedy mogłabym się z Panem skontaktować w celu przedstawienia ich.”

W trackie rozmowy telefonicznej okazało się, że twierdzenie o niedostępności proponowanych lokat  przez Internet jest zwykłym kłamstwem. Proponowała bowiem tzw. lokaty na wyścigi, które wtedy oferował Getin Online.

Jako, że człowiek nie miał wtedy lepszych pomysłów na zagospodarowanie swoich pieniędzy zgodził się by większość posiadanych lokat została po zapadnięciu przekształcona w lokaty na wyścigi, z tym, że przekształcenie miało dotyczyć tylko kapitału. Odsetki miały wrócić na jego konto. Był piątek.

W sobotę minął termin zapadalności starych lokat klienta Getin Online. Tego dnia na jego konto wrócił kapitał i odsetki z lokat, których nie chciał przedłużać. Wyparowały zaś kapitał i odsetki z lokat, które miały być przedłużone. Odsetki, z tych lokat nie trafiły na konto. W systemie internetowym nie było też śladu po lokatach, które miały powstać z kapitału zakończonych lokat. Zniknęło około 45,5 tys. zł.

Człowiek postanowił wykazać się cierpliwością. Rozumował tak: sobota to dzień wolny, może bank ma jakieś problemy z przetwarzaniem danych i w poniedziałek wszystko będzie w porządku. Gdy w poniedziałek o 20.00 wciąż jednak brakowało mu 45,5 tys. zł, napisał do pani pseudodoradcy stanowczy e-mail, informując, że jeśli pieniądze we wtorek się nie znajdą to w środę skieruje sprawę do prokuratury.

We wtorek rano otrzymał e-mail następującej treści:

„Lokaty nie były widoczne od razu, ponieważ musiały zostać przeksięgowane. W Pana profilu wszystko jest już widoczne. Środki z odsetek oraz z dwóch pozostałych lokat powinny znaleźć się już na Pana koncie ( w zależności od sesji eliksir ). Proszę o sprawdzenie w dniu dzisiejszym po południu czy wszystko jest w porządku. W przypadku jakiejkolwiek niezgodności proszę o kontakt, wszystko zostanie wyjaśnione.

Serdecznie pozdrawiam i życzę miłego dnia”

Słowo „przepraszam” nie pada, bo dla pani Niebudek zniknięcie 45,5 ty.s zł widać nie stanowi problemu. Ale brak przeprosin to tylko jeden element finału tej sprawy. Drugi ma wymiar czysto finansowy. Lokaty, które pojawiły się w systemie banku zostały założone z datą poniedziałkową, czyli późniejszą o trzy dni niż miało to mieć miejsce. Odsetki z zakończonych lokat postawiono do dyspozycji właściciela pieniędzy jeszcze dzień później, czyli we wtorek. Getin Online obracał więc kwotą 45,5 tys. zł przez 3-4 dni uniemożliwiając właścicielowi pieniędzy skorzystanie z należnych odsetek i faktycznie wydłużył czas trwania lokat, czyli w praktyce obniżył ich oprocentowanie.

Gdyby klient Getin Online załatwiał wszystko przez Internet, na takie nieprzyjemności raczej nie byłby narażony. Dotychczas bowiem w ten sposób przeprowadzał operacje finansowe i problemów nie miał. Wniosek z całej historii jest więc taki, że z Getin Online należy korzystać online. Tym bardziej, że nietrudno znaleźć w sieci inne historie wskazujące na to, że telefoniczne kontakty pracowników Getin Online z klientami pozostawiają wiele do życzenia.

28 sierpnia 2011

Każdy kontynent swój sklep internetowy ma

Tytuł tego wpisu nie jest w pełni precyzyjny, ale gdy zerknąłem na badania firmy comScore dotyczące popularności witryn zajmujących się handlem internetowym, nieodparcie nasunęło mi się takie skojarzenie. W czerwcu 2011 r. najpopularniejszymi witrynami e-handlu były te należące do Amazon.com i eBay. Znacznie za nimi plasowały się Alibaba.com i Apple. Cała reszta stanowiła zaś w tło dla tej czwórki. Przynajmniej jeśli chodzi o liczbę użytkowników. Warto jednak podkreślić, że comScore brało pod uwagę nie tylko flagowe witryny badanych firm, ale wszystkie do nich należące czyli w przypadku Alibaba.com np. Taobao.

Dużo ciekawsza jest jednak geograficzna analiza ruchu. Okazuje się, że jedynie witryny Amazon.com i Apple mają gości mocno zdywersyfikowanych geograficznie, choć i w ich przypadku wizyty z Ameryki Łacińskiej czy też Bliskiego Wschodu i Afryki są raczej mało istotne. W przypadku witryn Hewletta-Packarda i eBay, żaden region nie generuje więcej niż połowy odwiedzin ale koncentracja geograficzna jest już wyraźnie widoczna. Ponad 45 proc. odwiedzających sklep HP pochodzi z Ameryki Północnej. Z kolei prawie 47 proc. wizyt na stronach eBaya generują Europejczycy. Z Ameryki Północnej pochodzi obecnie niespełna 35 proc. ruchu na stronach powstałej w USA firmy. Jaki jest zatem najbardziej amerykański sklep internetowy? Otóż Wal-Mart. Niespełna 17 proc. ruchu w tej witrynie pochodzi spoza Ameryki Północnej.

Najbardziej skoncentrowane na swoim regionie jest za to argentyńskie MercadoLibre. Spoza Ameryki Łacińskiej ma niespełna 7 proc. użytkowników. Z kolei powstała w chińskim Hangzhou Alibaba.com koncentruje się na Azji i Pacyfiku. Spoza tego regionu ma nieco ponad 14 proc. użytkowników. Basen Pacyfiku jest też głównym rynkiem dla japońskiego Rakutena.

A co z Europą? W pierwszej dziesiątce właścicieli najpopularniejszych witryn e-commerce sklasyfikowane zostały dwie firmy o europejskim rodowodzie. Zajęły zresztą dwa ostatnie miejsca pod względem popularności stron ogółem. Dziewiąta była grupa Otto. Niemiecki dom wysyłkowy jest skoncentrowany na rynku europejskim niemal tak samo jak MercadoLibre na Ameryce Łacińskiej. Spoza Starego Kontynentu ma niespełna 8 proc. użytkowników. Zamykająca stawkę francuska spółka PPR, z również bazuje na ruchu z Europy, ale z innych części świata ma co czwartego użytkownika swoich sklepów internetowych. A sklepy to zdecydowanie droższe od całej reszty. Do PPR należą takie marki jak Gucci, Yves Saint Laurent czy Balenciaga.


16 sierpnia 2011

Google chce kupić Motorolę? Raczej jej zdegenerowany kawałek

Wczoraj Google ogłosiło, że dogadało się z Motorola Mobility Holdings (MMH) i przejmie tę firmę za 12,5 mld dolarów. Twierdzenie, że przejmie Motorolę jest jednak mocno na wyrost. Firma interesująca Google istnieje zaledwie od 4 stycznia 2011 r. Tak samo jak Motorola Solutions (MS). O ile jednak MS miała w pierwszym półroczu 2011 r. 3,9 mld dolarów przychodów i 846 mln zysku netto, o tyle MMH – 6,4 mld przychodów i 137 mln straty. A taka strata to i tak dobry wynik jak na to co w ostatnich latach pokazywała część dawnej Motoroli, z której powstała MMH.

MS to m.in. producent systemów łączności dla służb mundurowych o nazwie Tetra, radiotelefonów i czytników kodów kreskowych.

Do MMH trafiła produkcja modemów szerokopasmowych, dekoderów telewizyjnych i telefonów komórkowych. W pierwszej połowie 2011 r. urządzenia stacjonarne odpowiadały za 28 proc. przychodów spółki. Ale tak jak w latach ubiegłych przynosiły zysk. Kulą u nogi MMH, jak i starej, zjednoczonej Motoroli, są telefony komórkowe.

Sprzedaż kieszonkowych telefonów Motoroli rosła do 2006 r., kiedy to sięgnęła 217,4 mln sztuk, co odpowiadało 22 proc. ogółu światowej sprzedaży. Słuchawki generowały dwie trzecie z 42,9 mld dolarów przychodów firmy i podobną część z 3,7 mld dolarów jej zysku.

Rok później rozpoczął się triumfalny marsz iPhone’a i problemy Motoroli. Ale utożsamianie kłopotów Motoroli z pojawieniem się iPhone’a to nieporozumienie. W całym 2007 r. Apple sprzedało ledwie 1,4 mln sztuk swojego gadżetu. W porównaniu do roku 2006, sprzedaż telefonów Motoroli skurczyła się zaś prawie o 60 mln. Pojawiły się straty na poziomie operacyjnym i netto. Odpowiadał za nie głównie biznes komórkowy. Wystarczy wspomnieć, że strata operacyjna tego działu wyniosła 1,2 mld dolarów, podczas gdy całej firmy była o połowę mniejsza.

W 2008 r. Motoroli ledwo udało się uplasować na rynku 100 mln telefonów. Strata operacyjna na tej działalności sięgnęła 2,4 mld dolarów. Rok później wróciła do poziomu z 2007 r., ale spółka sprzedała tylko 55,1 mln słuchawek. W 2010 r. strata była już symboliczna, ale nabywców znalazło ledwie 37,3 mln aparatów z literą M. W pierwszym półroczu 2011 r. dział urządzeń mobilnych spółki MMH był operacyjnie do tyłu 174 mln dolarów. Produkował już nie tylko na telefony. Dołączyły do nich tablety. Pierwszych sprzedało się 19,6 mln, a drugich – niespełna 700 tys.

Wraz ze spadkiem sprzedaży telefonów kurczyła się Motorola. Już w 2008 r. z części będącej obiektem zainteresowania Google zwolniono 4100 osób. Rok później – aż 7600. W 2010 na bruk trafiło 1500 ludzi. U zarania działalności spółka MMH miała 19 tys. pracowników. Do dziś pozbyła się kolejnych 600.

Problemy finansowe sprawiły, że komórkowy biznes Motoroli ograniczył się właściwie do USA. Tam MMH realizuje 65 proc. sprzedaży, przy czym aż 28 proc. przychodów firmy generowane jest przez operatora telekomunikacyjnego Verizon Communications. Produkcja odbywa się poza USA – w Chinach, na Tajwanie i w Brazylii. W tym ostatnim kraju MMH zatrudnia ponad 2000 ludzi i ma niemały kłopot podatkowy. Władze żądają od niej ponad 500 mln dolarów.

Dla Google to niezbyt dużo. Jakaś jedna piąta kwartalnego zysku netto. Ale po co Google taki trup jak MMH? Raczej nie po to by produkować telefony lub dekodery telewizyjne. Google interesuje zapewne 15,2 tys. patentów działu urządzeń mobilnych MMH i kolejne 6200 złożonych wniosków. Przydadzą się w sporach dotyczących systemu operacyjnego Android w jakie wikła się Google. Ale o tym zapewne wielu napisze. Więc ja poprzestanę na pokazaniu jakiego trupa chce kupić Google. I to bardzo chce. Proponowana cena jest o 63 proc. wyższa od wyceny giełdowej MMH z piątku.

6 sierpnia 2011

Niewygodny sponsor

Dziś zakończył się 68. Tour de Pologne, nasz najważniejszy wyścig kolarski i obok konkursu skoków narciarskich w Zakopanem, jedna z dwóch regularnie organizowanych w Polsce imprez, będących zarazem częścią jakiegoś pierwszoligowego w skali świata cyklu w popularnej dyscyplinie sportowej. TVP transmitowała wyścig, nadawała jego kronikę, historię i upchnęła go nawet do telewizji śniadaniowej. Tyle, że drużyny kolarskie noszą nazwy swoich sponsorów. W przypadku jednej z nich stało się to dla TVP problemem.

Jedynym polskim zespołem klubowym dopuszczonym do startu – zresztą wyłącznie dzięki temu, że organizator mógł mu przyznać tzw. dziką kartę – była drużyna CCC Polsat Polkowice. Pod taką nazwą jest zarejestrowana w Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Ale drugi ze sponsorów zespołu był dla państwowej telewizji trudny do zaakceptowania.

Duże logo Polsatu na koszulkach kolarzy jest tak umieszczone, że w trakcie jazdy staje się niewidoczne. Z nazwą zespołu TVP miała jednak problem. Podgrzewając atmosferę przed wyścigiem, stworzyła materiał o tym, że wystąpi w nim polska grupa zawodowa. Nazwano ją w tym filmiku CCC Polkowice i ta wersja dominowała w przekazie TVP do końca wyścigu. Choć trzeba przyznać, że wypowiadających się materiale dyrektora sportowego i kilku kolarzy grupy podpisano jeszcze poprawnie, czyli CCC Polsat Polkowice. Później TVP albo w ogóle eliminowała wzmiankę o konkurencyjnej stacji w nazwie drużyny albo przesuwała ją na koniec nazwy tak, że w wyścigu nie startował CCC Polsat Polkowice tylko CCC Polkowice Polsat. Oczywiście tylko w podpisach. Komentatorom słowo „Polsat” nie przechodziło przez gardło. Nawet jeśli kolarz z tej drużyny uciekał i siłą rzeczy musieli o nim mówić.

Skracanie nazw zespołów do pierwszego z tytularnych sporów to nic nadzwyczajnego. Praktykuje się to powszechnie. Jednak w TVP nie był to wcale standard. W relacji z finiszowych metrów pierwszego etapu pełna nazwa drużyny Skil Shimano padła pięciokrotnie w ciągu zaledwie półtorej minuty. No ale producenci elektronarzędzi i osprzętu rowerowego to przecież nie to samo co konkurencyjna telewizja. Choć i konkurujący nadawcy mogą zachowywać się inaczej niż TVP. Mimo, że Polsat ma trzy kanały sportowe, komentatorom Eurosportu jakoś przechodziła przez gardło nazwa konkurencji gdy mówili o polskiej drużynie. Z napisami na ekranie było niestety jak w TVP, ale tylko dlatego, że to ta ostatnia realizowała transmisję.

16 lipca 2011

Agencje ratingowe są jak dziennikarze i cykliści

Ostatnio dużo się mówi o agencjach ratingowych. Tzn. o tym jak dokonywane przezeń zmiany ocen wiarygodności kredytowej mogą wpłynąć na rynki finansowe, czy też szerzej - na gospodarkę. Wczorajsza „Rzeczpospolita” doniosła nawet, że to agencje rządzą rynkami.


Ale czym jest agencja ratingowa? To po prostu firma, która na podstawie zebranych przez swoich pracowników informacji publikuje opinie o prawdopodobieństwie oddania pożyczonych pieniędzy przez inną firmę lub państwo. De facto agencją ratingową może być więc każdy, czego doskonałym przykładem jest warszawska firma o dumnej nazwie Agencja Ratingowa EuroRating. W ściślejszym rozumieniu, za agencje ratingowe uważa się podmioty wpisane na listę US Security Exchange Comision (SEC) czyli amerykańskiego odpowiednika swojskiej KNF. Takich firm jest 10:

  • AM Best,
  • DBRS,
  • Egan-Jones Rating,
  • Fitch,
  • Japan Credit Rating Agency,
  • Kroll Bond Rating Agency,
  • Moody’s Investors Service,
  • Rating and Investment Information,
  • Realpoint,
  • Standard & Poor’s Ratings Services

Najważniejsze z nich to Fitch, Moody’s i S&P. Ich działalność sprowadza się do tego o czym wspomniałem. Na podstawie zebranych informacji oceniają prawdopodobieństwo oddania pożyczek i publikują swoje opinie tak jak gazety, serwisy internetowe, stacje radiowe i telewizyjne przekazują inne informacje o sporcie, kulturze, polityce, ale również i sprawach ekonomicznych. Z brutalną szczerością przyznała to już w 2005 r. Rita Bolger, zarówno wtedy jak i teraz należąca do ścisłego kierownictwa S&P.

„(…) rating agencies such as S&P perform the journalistic activities of gathering information on matters of public concern, analyzing that information, forming opinions about it, and broadly disseminating those opinions to the general public. We believe that the bill would specifically violate the First Amendment by making it illegal for a credit rating agency to publish its opinions without first registering with the Government, providing mandatory disclosures about its business activities, and obtaining approval of that registration.

No legislation could constitutionally require the licensing of “Business Week” or the “Wall Street Journal” because they offer their opinions as to the credit worthiness of certain entities.”

Słowa te padły podczas przesłuchań przed podkomisją amerykańskiej Izby Reprezentantów ds. rynków kapitałowych, ubezpieczeń i przedsiębiorstw z udziałem rządu, sprowokowanych upadkiem Enronu i WorldComu. Miały na celu wpłynięcie na korzystny dla S&P kształt regulacji prawnych przygotowywanych w USA po bankructwie tych przedsiębiorstw. Trudno im jednak odmówić sporej dozy zdrowego rozsądku.

Cóż jest takiego w opiniach agencji ratingowych, że bezkrytycznie wierzą im bankierzy i zarządzający funduszami inwestycyjnymi? To przecież oni, a nie agencje ratingowe, szastają pieniędzmi klientów kupując papiery wartościowe (a raczej bezwartościowe) emitowane przez faktycznych bankrutów, jakim już od dłuższego czasu była Grecja. Mają przy tym usta pełne sloganów o fundamentalnej analizie inwestycji. Co jakiś czas okazuje się jednak, że cała analiza sprowadza się do irracjonalnej wiary w magiczne literki dołączane do opinii agencji ratingowych jak wisienki do tortu. Ale kto jest winny temu, że bankierzy i zarządzający funduszami nie myślą gdzie lokują pieniądze klientów i nie robią tego za co biorą pieniądze choćby w postaci opłat za zarządzanie? Oczywiście agencje ratingowe.

Takie podejście jest ostatnio modne w UE. Sprzyja temu fakt, iż z 10 agencji ratingowych, tylko u jednej można doszukać się jakichś bliższych związków z Europą. Założony w USA Fitch jest kontrolowany przez francuski Fimalac i ma obecnie dwie równorzędne centrale – w Nowym Jorku i Londynie. Kolejne sześć agencji to firmy z USA. Dwie mają rodowód japoński (Japan Credit Rating Agency i Rating and Investment Information), a jedna kanadyjski (DBRS). Jako branża są więc dla Europejczyków doskonałymi chłopcami do bicia. Zupełnie jak dziennikarze i cykliści. Zresztą jak stwierdziła pani Bolger, od tych pierwszych agencje ratingowe niczym się przecież nie różnią.

7 lipca 2011

Alior Bank ostro zagrał

W komunikacie informującym o nowej usłudze Alior Banku znajduje się zdanie:

"To prawdziwa rewolucja."

I trudno się z tym nie zgodzić. W każdym oddziale i placówce partnerskiej Alior Banku można teraz bez prowizji opłacić wszystkie rachunki, w tym za gaz, energię elektryczną, wodę, telefon czy telewizję kablową. Z oferty mogą skorzystać wszyscy, nawet ci nie będący klientami banku.

Dla nie związanych z bankiem będzie to jednak zapewne tylko promocja. W ofercie banku pojawiło się bowiem Konto Alior Rachunki bez Opłat, które w przeciwieństwie do innych kont tego banku taką usługę oferuje. Prowadzenie rachunku i wydawana do niego karta nic nie kosztują. Przy pomocy tej ostatniej można bezpłatnie wypłacać gotówkę z bankomatów Alior Banku, sieci Euronet oraz cash4you. To wyraźnie mniej niż wszystkie bezpłatne bankomaty w standardowym koncie Aliora, ale w dużych aglomeracjach nowe konto zapewnia jednak dość swobodny dostęp do pieniędzy.

Jeśli nowe konto zostanie poparte mocną kampanią reklamową może przysporzyć Aliorowi wielu nowych klientów. Przywiązanie ludzi do opłacania rachunków w kasie jest ogromne. Gdy ostatnio byłem na poczcie, po dwudziestu minutach stania w kolejce ze zdumieniem stwierdziłem, że byłem jedynym który chciał skorzystać z usługi pocztowej. Wszyscy, którzy stali przede mną płacili za telewizję satelitarną, prąd, gaz, czynsz, telefon, etc. I bynajmniej nie byli to trzęsący się staruszkowie. Wydaje się więc, że Alior naprawdę otworzył nowy front w bankowej walce o klientów.

26 czerwca 2011

Big Blue ma 100 lat

Dziesięć dni temu minęło 100 lat od założenia IBM. Ściślej rzecz biorąc, IBM obchodził swoje 100-lecie. Bo z początkami koncernu jest trochę jak ze źródłami Amazonki. Można je widzieć w kilku miejscach. Niemniej rocznica przeszła raczej niezauważona, a warto przypomnieć historię firmy, która odcisnęła znaczące piętno na światowej gospodarce, a tym samym życiu codziennym każdego z nas.

Zacznijmy od tego dlaczego IBM świętował. Otóż 16 czerwca 1911 r. powstała Computing-Tabulating-Recording (CTR) z siedzibą w Nowym Jorku, czyli firma, która w 1924 r. przemianowała się International Business Machines, co w skrócie daje właśnie IBM. Tyle, że nazwą IBM kanadyjski oddział spółki posługiwał się już od 1917 r., a w momencie powstania CTR zatrudniała około 1300 osób, co z kolei świadczy o tym, że nie wzięła się z niczego. Przedsiębiorstwo powstało z połączenia trzech innych: International Time Recording, Computing Scale oraz Tabulating Machine. W owym czasie wszystkie zajmowały się produkcją urządzeń do rejestracji czasu pracy i maszyn liczących opartych na kartach perforowanych.

Najstarszą z trzech spółek była Computing Scale z Dayton w stanie Ohio, która produkowała początkowo krajalnice do mięsa, tasaki rzeźnicze, młynki do kawy i wagi sklepowe. International Time Recording to powstały w 1900 r. dystrybutor systemów rejestracji czasu pracy innych firm. Produkująca maszyny liczące Tabulating Machine z New Jersey była najmłodsza. Powstała zaledwie sześć lat przed wcieleniem do CTR. Jej właściciele kontrolowali jednak patenty założonej w 1896 r. w Waszyngtonie Herman Hollerith's Tabulating Machine, która była pierwszym na świecie producentem elektrycznych maszyn liczących. Herman Hollerith prace nad automatyzacją różnego rodzaju obliczeń i - jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli - przetwarzaniem danych, prowadził od lat. Pierwsze patenty otrzymał w 1889 r., a praktycznego testu swoich wynalazków dokonał już w 1886 r. w departamencie zdrowia miasta Baltimore w stanie Maryland. Rok przed tym wydarzeniem swój wynalazek opatentował Julius Pitrap. Prawa do jego patentów nabyła w 1891 r. Computing Scale. Podobnie było z pochodzącymi z końcówki lat 80. XIX w. pomysłami Alexandra Deya i Willarda Bundego. Tyle, że założona w 1893 r. Dey Patents (potem używała nazwy Dey Time Register) i powstała w 1889 r. Bundy Manufacturing trafiły pod skrzydła International Time Recording. A wyliczone powyżej przejęcia to i tak tylko najważniejsze akwizycje protoplastów CTR.

Jako, że rewolucja przemysłowa była w toku CTR na swoich technologiach nieźle zarabiała. W 1918 r. firma wypracowała 1 mln dolarów zysku netto przy 9 mln dolarów przychodów. Zatrudniała wtedy 3127 pracowników i miała oddziały m.in. w Brazylii, Francji i Niemczech. W Polsce pierwsze biuro IBM otwarto w 1935 r. Ale już w 1923 r. maszyna licząca CTR trafiła do Warszawskiej Spółki Akcyjnej Budowy Parowozów, czyli komunistycznego Waryńskiego.

W 1920 r. CTR wprowadziła na rynek protoplastę dzisiejszej drukarki. Był to moduł do maszyn liczących. Przed jego wprowadzeniem, maszyna owszem liczyła, ale w celu archiwizacji, wynik obliczeń człowiek musiał ręcznie zapisać. W 1941 r. roku IBM pokazał elektryczną maszynę do pisania z tzw. proporcjonalnym odstępem, a więc przypisującą zróżnicowane a nie jednej wielkości odstępy, do różnej wielkości znaków. Działu maszyn do pisania i drukarek IBM pozbył się w 1991 r. Tak powstała firma Lexmark.

W 1920 r. jeden z banków w Detroit zaczął używać wyprodukowanego przez CTR urządzenia do automatycznego liczenia pieniędzy. Wartość pliku banknotów podawało ono w oparciu o ich wagę. Na obrocie gotówką firma odcisnęła swe piętno jeszcze w 1969 r. Inżynier Forrest Parry połączył pasek magnetyczny z kawałkiem plastiku, co stało się podstawą kart płatniczych. Aczkolwiek trzeba przyznać, że wraz z pojawieniem się kart mikroprocesorowych era paska magnetycznego dobiega końca. Samo połączenie paska magnetycznego z kawałkiem plastiku miało być początkowo kartą identyfikacyjną dla… CIA.

W 1930 r. firma opatentowała system sygnalizacji ruchu ulicznego, czyli świateł na skrzyżowaniach. Projekty tego typu rozwija do dziś. W 2007 r. uruchomiła w Singapurze pilotażowy system mający z 90-procentową dokładnością przewidywać ruch na drogach w przeciągu najbliższej godziny i dostosowywać do niego cykl zmiany świateł. Bazuje na zamontowanych w taksówkach sygnalizatorach przekazujących do centrali dane szybkości poruszania, ale uwzględnia też prognozy pogody.

W 1937 r. zatrudnienie w firmie przekroczyło 10 tys. osób. Przychody wyniosły 31 mln dolarów, a zysk netto 8 mln dolarów. W 1941 r. przychody wyniosły już 60 mln dolarów, a zysk doszedł do 10 mln. Trzonem biznesu były ciągle systemy przetwarzania informacji oparte na kartach perforowanych.

W latach 50. i 60. XX wieku IBM zaczął tworzyć fundamenty współczesnej informatyki. Wraz z wejściem w ten obszar działalności do firmy zaczął przylegać przydomek Big Blue. W 1956 r. koncern zaprezentował komputery RAMAC, pierwsze wykorzystujące do przechowywania danych magnetyczne dyski twarde. Na 50 dyskach o średnicy dwóch stóp (to chyba około 60 cm, ale nie jestem pewien) mieściło się… pięć megabajtów danych. Trzy lata później pojawił się komputer 1401, czyli pierwsza maszyna klasy mainframe. Dziś utożsamia się je z superkomputerami, ale był to także pierwszy komputer uniwersalny, zbudowany nie do konkretnego, znanego wcześniej zastosowania, i pierwszy który sprzedał się w liczbie ponad 10 tys. sztuk. W 1966 r., pracujący dla IBM, Robert Dennard wynalazł Dynamic Random Access Memory (DRAM), czyli coś co nazywamy pamięcią RAM lub operacyjną. W 1970 r., pracujący dla Big Blue, Brytyjczyk Edgar Codd opracował model relacyjnej bazy danych. Na jego komercyjne wdrożenie trzeba było poczekać do lat 80., ale dziś nie ma innych baz danych niż relacyjne. Reliktem minionej epoki jest za to dyskietka komputerowa. Ją również wymyślono w IBM. Było to w roku 1971.

Nieco wcześniej, w 1969 r. koncern zatrudniał już 258 662 pracowników. Każdy pracował na więcej niż dwóch właścicieli firmy. IBM miał wtedy 549 463 akcjonariuszy. Przychody wynosiły 7,2 mld dolarów, a zysk 934 mln.

W 1974 r. firma opracowała system kodów kreskowych. Czym jest chyba każdy wie. Kasy sklepowe z tym wynalazkiem spółka zaczęła sprzedawać w 1979 r.

Epokową konstrukcją okazał się komputer pokazany w 1981 r. i kosztujący 1565 dolarów. Jego angielski akronim to PC (od Personal Computer), czyli swojski pecet. W maszynie, której oficjalna nazwa brzmiała IBM PC 5150 zastosowano procesor Intela i system operacyjny DOS Microsoftu. Jako, że IBM nie zastrzegł konstrukcji, bardzo szybko zaczęła być ona klonowana przez innych producentów, wykorzystujących zarówno intelowskie procesory jak i systemy operacyjne Microsoftu. Nastała era PC, choć pierwszym komputerem do domu był Apple II. Producent nie pozwolił jednak na kopiowanie swojej konstrukcji przez co komputery Apple stały się rozwiązaniami niszowymi. Zaostrzająca się konkurencja na rynku doprowadziła zaś IBM do sprzedaży swojego działu pecetów chińskiemu Lenovo. Nastąpiło to w 2005 r. Jednak do dziś, w oparciu o intelowskie procesory z rodziny x86 IBM produkuje małe serwery.

W 1996 r. koncern zaprezentował światu komputer o nazwie Deep Blue. Maszyn miała tylko jedno zadanie: pokonać w grze w szachy aktualnego mistrza świata. Garri Kasparow wygrał jednak z komputerem. Rok później, ulepszona wersja Deep Blue pokonała człowieka.

I choć wydaje się to nieprawdopodobne, jubileuszu stulecia koncernu doczekał pracownik IBM, który przyszedł na świat przed powstaniem CTR. To Luis Lamassonne, urodzony w 1910 r. w Argentynie. Do IBM trafił w 1933 r. i pracował tam 38 lat. W 2000 r. opublikował książkę „My life with IBM”.

5 czerwca 2011

Promocja zwalająca z nóg

W internetowych sklepach z elektroniką zaobserwowałem ostatnio specyficzny rodzaj promocji. Stara cena jest widoczna jako przekreślona, a pod nią pokazywana jest nowa, niższa. Ta druga często jest wybita czerwoną czcionką. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przy cenie produktu na poziomie 2-3 tys. zł obniżki wynoszą kilkadziesiąt do 100 zł. Nie mają więc większego znaczenia, ani w liczbach bezwzględnych, ani proporcjonalnie do ceny sprzętu. W tym ostatnim ujęciu stanowią bowiem co najwyżej 5 proc. ceny wyjściowej.

Wszystkie takie upusty przebił jednak Hewlett-Packard. W polskim sklepie internetowym oferuje netbooka Pavilion dm1-3110ew w promocyjnej cenie 1798 zł 26 gr. Poprzednia cena była wyższa o …74 grosze! Obniżka wyniosła więc około czterech setnych procenta. Nic tylko kupować. Najlepiej od razu dwa. Taka okazja przecież się nie powtórzy.


Przypadek HP doskonale koresponduje z dziwnymi zasadami handlu w supermarketach Carrefour, o których pisałem jeszcze w 2009 r.

13 maja 2011

Złodziej krzyczał: łap złodzieja

To powiedzonko niemal idealnie pasuje do działalności niejakiego Michała Śliwińskiego. "Gazeta Wyborcza" opisała jak będąc dziennikarzem gazety „Parkiet”, między czerwcem 2008 r. a czerwcem 2009 r., napisał on ponad 30 artykułów o spółkach giełdowych, zadziwiająco skorelowanych z operacjami na dwóch rachunkach maklerskich. Przed artykułem właściciele tych rachunków kupowali akcje. Następnie pojawiała się publikacja mówiąca, że sytuacja w danej firmie ulegnie znaczącej poprawie. Wtedy akcje sprzedawali, ponadprzeciętnie pomnażając zainwestowany kapitał.

„Gazeta Wyborcza” pisze:

"Informacje podawane przez Śliwińskiego na ogół były prawdziwe, chociaż zdarzało się, że kilka dni później je dementowano."

Jednak w „Pulsie Biznesu” już w lipcu 2009 r. pojawiła się wzmianka o tym, że niektóre artykuły pana Śliwińskiego zawierają tezy mocno wpływające na ceny akcji, ale kompletnie wyssane z palca.

Smaczku sprawie dodaje jednak to, że zanim zaczęła się opisywana passa artykułów pana Śliwińskiego, ten dziennikarz sam opisywał sytuacje wskazujące na nieuczciwe manipulowanie kursami akcji spółek giełdowych. Co więcej, niektóre jego artykuły odnosiły się wprost, do pojawiania się pewnych informacji tylko po to, by wpłynęły one na ceny akcji. Wystarczy pogooglać by znaleźć ślady tych publikacji.

Ja wskażę tylko jedną, ale za to z okresu po zakończeniu serii artykułów, którymi obecnie zajmuje się prokuratura. W połowie lipca 2009 r. na łamach „Parkietu” pojawił się artykuł o okolicznościach kupna akcji Chemoservisu przez spółkę Urlopy.pl, kontrolowaną przez związaną z Mariuszem Patrowiczem firmę Investment Friends.

Pan Śliwiński dość bezpośrednio sugerował w swoim tekście, że transakcja była manipulacją:

"Urlopy.pl – spółka notowana na NewConnect – mają teraz akcje, które stanowią 0,7 proc. kapitału Chemoservisu. Poinformowały o transakcji, ponieważ jej wartość była większa niż 10 proc. ich kapitałów własnych. Wielu inwestorów zadawało wczoraj pytanie, czy wielkość transakcji nie była tak dobrana, by Urlopy.pl musiały się ujawnić jako akcjonariusz. Nazwisko Patrowicza, które musiało przy tej okazji paść, działa jak magnes na spekulantów i drobnych inwestorów i powoduje zwykle wzrost kursu."

A zdanie podobne do ostatniego, mógł już przecież wtedy napisać o sobie.

7 maja 2011

Mieliśmy w Polsce pokaźne przejęcie w branży motoryzacyjnej

Za 242,7 mln USD Abris Capital Partners (do spółki z Mezzanine Management i Queensland Investment Corporation) przejęło Futura Leasing. Transakcja miała miejsce na początku 2010 r. i przeszła raczej bez echa. Nazwy obu firm nie są szerzej znane i to jest pewnie tego powodem. Była to jednak jedna z większych transakcji kapitałowych jak miały miejsce na rynku motoryzacyjnym w 2010 r. Jak duża? Pod względem wartości 17. na 521 takich transakcji odnotowanych w zeszłym roku.

Z analizy PricewaterhouseCoopers, wynika nawet, że po odrzuceniu transakcji, które dotyczyły producentów samochodów i podzespołów do nich, było to nawet siódme co do wielkości przejęcie w branży motoryzacyjnej. A gdyby precyzyjnie trzymać się definicji fuzji i przejęcia polska transakcja nabrałaby jeszcze większego znaczenia. W zestawieniu nie byłoby zmian kapitałowych związanych z sojuszem Daimlera z Renault i Nissan Motor, które choć znaczące wartościowo dotyczyły symbolicznych pakietów akcji tych firm.

Za parę lat czeka nas pewnie jeszcze droższe przejęcie niedawnego nabytku Abrisu. On i jego wspólnicy to fundusze private equity, a takie kupują firmy tylko po to by za kilka lat sprzedać je drożej.

Czym zajmuje się Futura? Głównie wynajmem długoterminowym i zarządzaniem flotą samochodową w dużych firmach. Oferuje nie tylko finansowanie, ale i obsługę serwisową używanych tam aut. Posługuje się przy tym marką Masterlease. Wcześniej była to przybudówka General Motors, ale po tym jak koncern de facto zbankrutował została wystawiona na sprzedaż i w konsekwencji trafiła w ręce Abrisu.

1 maja 2011

Poczta szybciej dostarcza paczki niż listy

W lecie 2010 r. pisałem o tym, że prawdopodobieństwo dostarczenia przez Pocztę Polską przesyłki priorytetowej w zakładanym dla takich przesyłek terminie z roku na rok spada. A tu niespodzianka. W 2010 r. wyraźnie wzrosła punktualność dostaw paczek priorytetowych.

Z analiz Urzędu Komunikacji Elektronicznej wynika, że w 2010 r. 63,5 proc. paczek priorytetowych docierało do adresata dzień po ich nadaniu. To wynik o 9 punktów procentowych lepszy niż w 2009 r.

Odsetek doręczanych terminie listów priorytetowych też się zwiększył. Ale tylko symbolicznie. Jest też dużo mniejszy od paczek. W 2010 r. następnego dnia po nadaniu do adresata docierało 53,4 proc. listów priorytetowych.

Podobne wyniki UKE zaobserwował wśród przesyłek ekonomicznych, czyli takich, które do adresata powinny dotrzeć trzy dni po nadaniu. W 2010 r. warunek ten spełniało 94,3 zwykłych paczek i zalewie 67,7 listów.

Ciekawe jaki wpływ na te wyniki ma istnienie wielu firm kurierskich konkurujących z Pocztą Polską w segmencie paczek i zaledwie jednej firmy, która naciągając prawo dorzucaniem blaszek, próbuje przełamać ustawowy monopol z jakiego Poczta Polska wciąż korzysta w obrocie listami?

13 kwietnia 2011

Aspołeczność urzędników drogo nas kosztuje

Prawomocnym wyrokiem, wrocławski Sąd Apelacyjny przyznał wczoraj spółce MCI Management odszkodowanie za to, że pracownicy fiskusa doprowadzili do upadłości firmę JTT Computer. Produkowała ona pecety pod marką Adax (obecnie wykorzystuje ją Incom, ale nie ma takiego znaczenia jak w czasach świetności JTT), a MCI była jej głównym udziałowcem. Za niezgodne z prawem działania urzędu kontroli skarbowej, MCI ma teraz dostać 28,9 mln zł plus odsetki szacowane na 16 mln zł.

Kto zapłaci za błędy urzędników? Oczywiście nie oni, z własnej kieszeni, tylko państwo, czyli wszyscy podatnicy. Ale jest to ryzyko wkalkulowane w istnienie państwa jako pewnej organizacji. Zresztą może prawo było niejasne, a to nie urzędnicy tworzą prawo tylko parlament. Jednak nawet jeśli prawo było niejasne, pracownicy fiskusa pokazali w tym przypadku, że są jednostkami kompletnie aspołecznymi.

Jaka była istota pretensji do JTT? Produkowane komputery, spółka wysyłała na Słowację i stamtąd sprowadzała z powrotem by oferować je w przetargach dla szkół. Ten absurdalny zabieg pozwalał JTT sprzedawać komputery bez doliczania do nich podatku VAT, który wynosił wtedy 22 proc. Nawet biorąc pod uwagę koszty logistyczne całej operacji, to i tak można przyjąć, że komputery dostarczane do szkół były o około jedną piątą tańsze niż gdyby w ogóle Polski nie opuszczały. Oznacza to, że zakup określonej partii pecetów był o jedną piątą tańszy, albo, że za te same pieniądze można było kupić 20 proc. komputerów więcej. Zważywszy, że były to komputery dla szkół, zyskałoby na tym całe społeczeństwo. I to właśnie przeszkadzało urzędnikom fiskusa. Śmiało można więc ich określić jako jednostki kompletnie aspołeczne.

6 lutego 2011

Merlin.pl nie jest taki internetowy jak się wydaje

UOKiK nie zgodził się na przejęcie Merlina.pl przez NFI Empik Media & Fashion (dalej będę pisał po prostu Empik) motywując to m.in. tym, że rynek sprzedaży książek i płyt z muzyką w Internecie i tradycyjnych sklepach to ciągle dwa odrębne rynki. W konsekwencji UOKiK uznał, że połączenie Merlina.pl z Empikiem, który wykorzystuje swoją stronę WWW do sprzedaży produktów analogicznych z ofertą Merlina.pl, doprowadziłoby do ograniczenia konkurencji. W handlu internetowym o przewadze konkurencyjnej ma bowiem głównie decydować rozpoznawalność marek, która w przypadku obu firm jest bardzo wysoka.

Trudno się z tym nie zgodzić. Do nieznanej księgarni mijanej po drodze można przecież wejść choćby z nudów. W Internecie dość istotnym elementem wyboru sklepu jest jego wiarygodność – to, że towar nie istnieje tylko w katalogu, że przesyłka zostanie wysłana w akceptowalnym czasie i że po opłaceniu zakupów towar w ogóle otrzymamy. To zaś powoduje, że jeśli ceny nie są radykalnie zawyżone, chętnie wracamy do już sprawdzonych e-sklepów.

Ich witryny traktujemy jednak często, jedynie jako łatwy do przeszukiwania, katalog oferowanych do sprzedaży produktów. Gdy gruchnęła wieść o planach przejęcia Merlina.pl przez Empik, na stronie korporacyjnej tego ostatniego (tej z opisem działalności firmy) pojawiła się prezentacja dotycząca planowanej fuzji. Obecnie już jej tam nie ma, ale jak się dobrze pogoogla to wciąż można ją obejrzeć. I cóż się z niej dowiemy? A no tego, że towary, które trafiają w ręce klientów w zaledwie pięciu warszawskich księgarniach, działających pod znanym z Internetu szyldem, stanowią aż 23 proc. całkowitej sprzedaży spółki Merlin.pl. Prawda, że zaskakujące?

30 stycznia 2011

Chcąc chronić emeryturę nie można dać się zwieść PTE

W ostatni poniedziałek, rząd Donalda Tuska zaprezentował projekt zmian w systemie emerytalnym obejmującym większość urodzonych w 1969 r. i później. Radykalnemu obniżeniu miałaby ulec składka trafiająca do OFE. Jeszcze w tym roku miałaby się skurczyć o 68,5 proc. i zamiast dotychczasowych 7,3 proc. pensji brutto, wynosić ledwie 2,3 proc. Tak samo miałoby być w 2012 r. Od 2013 r. kwoty przelewane do OFE miałyby rosnąć, tak by w 2017 r. i latach późniejszych osiągnąć poziom 3,5 proc. pensji brutto, czyli nawet nie połowę tego co obecnie. To co zabrano by OFE zasiliłoby ZUS.

Nie ma się jednak co nakręcać hasłami lansowanymi przez PTE, np. na stronie ObronEmeryture.pl, i – jedynie w kontekście utrzymania na dotychczasowym poziomie składki do OFE – pisać do premiera Tuska:

"(...) nie zgadzam się na to, żeby moja składka do OFE, jedyne prawdziwe pieniądze na emeryturę jakie mam, była wykorzystywana do łatania dziury budżetowej."

Pieniądze OFE już teraz służą łataniu dziury budżetowej. By się o tym przekonać wystarczy spojrzeć na strukturę aktywów ING OFE, Aviva OFE Aviva BZ WBK i OFE PZU Złota Jesień. Skupiają one ponad połowę uczestników drugiego filaru emerytalnego, a na koniec 2010 r., około 56 proc. aktywów każdego z tych OFE stanowiły obligacje i bony skarbu państwa, NBP lub Banku Gospodarstwa Krajowego, który formalnie jest emitentem tzw. obligacji autostradowych. Czym jest zaś obligacja lub bon? Niczym innym jak pokwitowaniem pożyczki. Tylko co się stanie jeśli państwo nie będzie miało na spłatę swoich zobowiązań? Niestety, nie ma realnej możliwości zmuszenia go do zwrotu pieniędzy. Składki zamieniane przez OFE na obligacje są więc tak samo wirtualne jak trafiające do ZUS. Choć trzeba podkreślić, że taka a nie inna, polityka inwestycyjna OFE jest wynikiem uregulowań prawnych.

Dla samych PTE obligacje i bony mają jednak realną wartość. PTE pobierają dwie główne opłaty: od składki i za zarządzanie. Ta druga, pobierana jest w sposób niezauważalny dla zwykłego zjadacza chleba, od księgowej wartości aktywów OFE, a więc również obligacji i bonów emitowanych przez państwo. Tych zaś przybywa w OFE wraz z wchodzeniem do systemu emerytalnego kolejnych osób oraz przyrostem lat, w których do OFE trafiają składki dotychczasowych uczestników. Tylko w trzech kwartałach 2010 r. (nowszych danych nie ma), czternastka działających PTE skasowała poprzez opłatę za zarządzanie 651,1 mln zł. W tym samym czasie, prowizje pobierane bezpośrednio od składek przyniosły PTE 75,3 mln zł mniej.

Nie oznacza to jednak, że pomysł rządu jest dobry, bo załatwia problem deficytu sektora finansów publicznych, a nic nie zmienia w sytuacji członków drugiego filaru emerytalnego. Pomysł ekipy premiera Tuska jest po prostu fatalny. Bo choć PTE już na tym nie zarobią tyle co dotychczas, to jeszcze większa część składki emerytalnej zniknie w odmętach niewydolności finansowej państwa.

Wraz z radykalnym obniżeniem składki do OFE rząd nie proponuje wzrostu części aktywów, które mogłyby być inwestowane w akcje i ich pochodne, a więc główny instrument dostępny OFE nie w celu zabezpieczenia zgromadzonych pieniędzy przed utratą wartości, lecz w celu zwiększenia tej wartości.

Rząd proponuje by odsetek środków, które OFE mogą lokować w akcjach, rósł w latach 2011-2020 o 2-2,5 punktu procentowego. W 2020 r. osiągnąłby 62 proc. podczas gdy obecnie wynosi 40 proc. Na pozór nieźle. Ale trzeba jeszcze wziąć poprawkę na obniżenie samej składki przekazywanej do OFE. Po tym zabiegu okaże się, że na każde 1000 zł pensji brutto, OFE mogą obecnie lokować w akcjach 29 zł 20 gr. W 2020 r. będzie to 21 zł 70 gr. Jeśli przeliczyć zmiany wysokości wpłat do OFE i możliwości lokowania pieniędzy przez OFE przez cały okres 2011-2020 (przyjmując, że zgodnie z planem rządu zmiany weszłyby w życie 1 kwietnia 2011 r.), to zdolność OFE do alokowania składek w akcjach spadłaby o 41,3 proc. A przecież główną ideą reformy emerytalnej z 1997 r. było częściowe uniezależnienie wypłat emerytur od budżetu państwa. Reformę tę wprowadzały zaś AWS i UW, której to koalicji premier Tusk był prominentnym członkiem - wicemarszałkiem Senatu.

23 stycznia 2011

Absurdalnych nazw w biznesie nie brakuje

Dobrą passę miały ostatnio na giełdzie spółki z branży chemicznej, zajmujące się m.in. produkcją nawozów. Przy tej okazji, przedstawiciel pewnego biura maklerskiego, zaproszony do TVN CNBC, opowiedział jak to do jednego z maklerów zadzwonił ktoś z pytaniem: czy Alchemię też kupować. Alchemię, czyli firmę z branży hutniczej produkującą rury i pręty.

Nieadekwatność nazw firm do prowadzonego biznesu to jednak zjawisko wcale nie tak rzadkie. Drutex produkuje okna i drzwi. Integer.pl to, wbrew temu co mogłaby sugerować nazwa, nie spółka internetowa, ale doczepiający blaszki do roznoszonych listów, konkurent Poczty Polskiej działający pod marką handlową InPost. Zakład Budowy Maszyn Zremb-Chojnice żadnych maszyn nie produkuje. Specjalizuje się w wytwarzaniu kontenerów: mieszkalnych, do transportu sprzętu i odpadów na i z platform wiertniczych oraz odpadów radioaktywnych. Stalexport Autostrady ma zaś z eksportem stali tyle wspólnego ile przewiozą jej jadące za granicę ciężarówki po autostradzie A4, którą zarządza.

Nazewnictwo nie pasujące do realiów wynika głównie z zaszłości historycznych. Poza odniesieniem do meritum działalności ma przy tym odmianę geograficzną.

Tarnopak, zgodnie z tym co sugeruje nazwa, zajmuje się opakowaniami. Ale siedziby nie ma w Tarnowie bądź Tarnobrzegu, lecz w Jaśle. Koszalińskie Przedsiębiorstwo Przemysłu Drzewnego bynajmniej nie znajduje się w Koszalinie lecz w Szczecinku. No i na koniec tej wyliczanki Dolnośląskie Surowce Skalne z siedzibą w… Warszawie. Od razu przychodzi na myśl dialog zawodowego dyrektora z żoną w filmie „Poszukiwany, poszukiwana” z 1972 r.:

- Został ci tylko przemysł terenowy.

- No i bardzo dobrze.

- A ja się z Warszawy nie ruszę.

- A ty myślisz, ze przemysł terenowy to jest gdzie? W terenie? Tutaj ma gmach. Obok naszego instytutu.

A gmach Dolnośląskich Surowców Skalnych zaiście piękny. Centrala firmy mieści się w budynku Rondo 1, jednym z najwyższych i najbardziej prestiżowych biurowców w stolicy.