30 stycznia 2011

Chcąc chronić emeryturę nie można dać się zwieść PTE

W ostatni poniedziałek, rząd Donalda Tuska zaprezentował projekt zmian w systemie emerytalnym obejmującym większość urodzonych w 1969 r. i później. Radykalnemu obniżeniu miałaby ulec składka trafiająca do OFE. Jeszcze w tym roku miałaby się skurczyć o 68,5 proc. i zamiast dotychczasowych 7,3 proc. pensji brutto, wynosić ledwie 2,3 proc. Tak samo miałoby być w 2012 r. Od 2013 r. kwoty przelewane do OFE miałyby rosnąć, tak by w 2017 r. i latach późniejszych osiągnąć poziom 3,5 proc. pensji brutto, czyli nawet nie połowę tego co obecnie. To co zabrano by OFE zasiliłoby ZUS.

Nie ma się jednak co nakręcać hasłami lansowanymi przez PTE, np. na stronie ObronEmeryture.pl, i – jedynie w kontekście utrzymania na dotychczasowym poziomie składki do OFE – pisać do premiera Tuska:

"(...) nie zgadzam się na to, żeby moja składka do OFE, jedyne prawdziwe pieniądze na emeryturę jakie mam, była wykorzystywana do łatania dziury budżetowej."

Pieniądze OFE już teraz służą łataniu dziury budżetowej. By się o tym przekonać wystarczy spojrzeć na strukturę aktywów ING OFE, Aviva OFE Aviva BZ WBK i OFE PZU Złota Jesień. Skupiają one ponad połowę uczestników drugiego filaru emerytalnego, a na koniec 2010 r., około 56 proc. aktywów każdego z tych OFE stanowiły obligacje i bony skarbu państwa, NBP lub Banku Gospodarstwa Krajowego, który formalnie jest emitentem tzw. obligacji autostradowych. Czym jest zaś obligacja lub bon? Niczym innym jak pokwitowaniem pożyczki. Tylko co się stanie jeśli państwo nie będzie miało na spłatę swoich zobowiązań? Niestety, nie ma realnej możliwości zmuszenia go do zwrotu pieniędzy. Składki zamieniane przez OFE na obligacje są więc tak samo wirtualne jak trafiające do ZUS. Choć trzeba podkreślić, że taka a nie inna, polityka inwestycyjna OFE jest wynikiem uregulowań prawnych.

Dla samych PTE obligacje i bony mają jednak realną wartość. PTE pobierają dwie główne opłaty: od składki i za zarządzanie. Ta druga, pobierana jest w sposób niezauważalny dla zwykłego zjadacza chleba, od księgowej wartości aktywów OFE, a więc również obligacji i bonów emitowanych przez państwo. Tych zaś przybywa w OFE wraz z wchodzeniem do systemu emerytalnego kolejnych osób oraz przyrostem lat, w których do OFE trafiają składki dotychczasowych uczestników. Tylko w trzech kwartałach 2010 r. (nowszych danych nie ma), czternastka działających PTE skasowała poprzez opłatę za zarządzanie 651,1 mln zł. W tym samym czasie, prowizje pobierane bezpośrednio od składek przyniosły PTE 75,3 mln zł mniej.

Nie oznacza to jednak, że pomysł rządu jest dobry, bo załatwia problem deficytu sektora finansów publicznych, a nic nie zmienia w sytuacji członków drugiego filaru emerytalnego. Pomysł ekipy premiera Tuska jest po prostu fatalny. Bo choć PTE już na tym nie zarobią tyle co dotychczas, to jeszcze większa część składki emerytalnej zniknie w odmętach niewydolności finansowej państwa.

Wraz z radykalnym obniżeniem składki do OFE rząd nie proponuje wzrostu części aktywów, które mogłyby być inwestowane w akcje i ich pochodne, a więc główny instrument dostępny OFE nie w celu zabezpieczenia zgromadzonych pieniędzy przed utratą wartości, lecz w celu zwiększenia tej wartości.

Rząd proponuje by odsetek środków, które OFE mogą lokować w akcjach, rósł w latach 2011-2020 o 2-2,5 punktu procentowego. W 2020 r. osiągnąłby 62 proc. podczas gdy obecnie wynosi 40 proc. Na pozór nieźle. Ale trzeba jeszcze wziąć poprawkę na obniżenie samej składki przekazywanej do OFE. Po tym zabiegu okaże się, że na każde 1000 zł pensji brutto, OFE mogą obecnie lokować w akcjach 29 zł 20 gr. W 2020 r. będzie to 21 zł 70 gr. Jeśli przeliczyć zmiany wysokości wpłat do OFE i możliwości lokowania pieniędzy przez OFE przez cały okres 2011-2020 (przyjmując, że zgodnie z planem rządu zmiany weszłyby w życie 1 kwietnia 2011 r.), to zdolność OFE do alokowania składek w akcjach spadłaby o 41,3 proc. A przecież główną ideą reformy emerytalnej z 1997 r. było częściowe uniezależnienie wypłat emerytur od budżetu państwa. Reformę tę wprowadzały zaś AWS i UW, której to koalicji premier Tusk był prominentnym członkiem - wicemarszałkiem Senatu.

23 stycznia 2011

Absurdalnych nazw w biznesie nie brakuje

Dobrą passę miały ostatnio na giełdzie spółki z branży chemicznej, zajmujące się m.in. produkcją nawozów. Przy tej okazji, przedstawiciel pewnego biura maklerskiego, zaproszony do TVN CNBC, opowiedział jak to do jednego z maklerów zadzwonił ktoś z pytaniem: czy Alchemię też kupować. Alchemię, czyli firmę z branży hutniczej produkującą rury i pręty.

Nieadekwatność nazw firm do prowadzonego biznesu to jednak zjawisko wcale nie tak rzadkie. Drutex produkuje okna i drzwi. Integer.pl to, wbrew temu co mogłaby sugerować nazwa, nie spółka internetowa, ale doczepiający blaszki do roznoszonych listów, konkurent Poczty Polskiej działający pod marką handlową InPost. Zakład Budowy Maszyn Zremb-Chojnice żadnych maszyn nie produkuje. Specjalizuje się w wytwarzaniu kontenerów: mieszkalnych, do transportu sprzętu i odpadów na i z platform wiertniczych oraz odpadów radioaktywnych. Stalexport Autostrady ma zaś z eksportem stali tyle wspólnego ile przewiozą jej jadące za granicę ciężarówki po autostradzie A4, którą zarządza.

Nazewnictwo nie pasujące do realiów wynika głównie z zaszłości historycznych. Poza odniesieniem do meritum działalności ma przy tym odmianę geograficzną.

Tarnopak, zgodnie z tym co sugeruje nazwa, zajmuje się opakowaniami. Ale siedziby nie ma w Tarnowie bądź Tarnobrzegu, lecz w Jaśle. Koszalińskie Przedsiębiorstwo Przemysłu Drzewnego bynajmniej nie znajduje się w Koszalinie lecz w Szczecinku. No i na koniec tej wyliczanki Dolnośląskie Surowce Skalne z siedzibą w… Warszawie. Od razu przychodzi na myśl dialog zawodowego dyrektora z żoną w filmie „Poszukiwany, poszukiwana” z 1972 r.:

- Został ci tylko przemysł terenowy.

- No i bardzo dobrze.

- A ja się z Warszawy nie ruszę.

- A ty myślisz, ze przemysł terenowy to jest gdzie? W terenie? Tutaj ma gmach. Obok naszego instytutu.

A gmach Dolnośląskich Surowców Skalnych zaiście piękny. Centrala firmy mieści się w budynku Rondo 1, jednym z najwyższych i najbardziej prestiżowych biurowców w stolicy.