16 lipca 2011

Agencje ratingowe są jak dziennikarze i cykliści

Ostatnio dużo się mówi o agencjach ratingowych. Tzn. o tym jak dokonywane przezeń zmiany ocen wiarygodności kredytowej mogą wpłynąć na rynki finansowe, czy też szerzej - na gospodarkę. Wczorajsza „Rzeczpospolita” doniosła nawet, że to agencje rządzą rynkami.


Ale czym jest agencja ratingowa? To po prostu firma, która na podstawie zebranych przez swoich pracowników informacji publikuje opinie o prawdopodobieństwie oddania pożyczonych pieniędzy przez inną firmę lub państwo. De facto agencją ratingową może być więc każdy, czego doskonałym przykładem jest warszawska firma o dumnej nazwie Agencja Ratingowa EuroRating. W ściślejszym rozumieniu, za agencje ratingowe uważa się podmioty wpisane na listę US Security Exchange Comision (SEC) czyli amerykańskiego odpowiednika swojskiej KNF. Takich firm jest 10:

  • AM Best,
  • DBRS,
  • Egan-Jones Rating,
  • Fitch,
  • Japan Credit Rating Agency,
  • Kroll Bond Rating Agency,
  • Moody’s Investors Service,
  • Rating and Investment Information,
  • Realpoint,
  • Standard & Poor’s Ratings Services

Najważniejsze z nich to Fitch, Moody’s i S&P. Ich działalność sprowadza się do tego o czym wspomniałem. Na podstawie zebranych informacji oceniają prawdopodobieństwo oddania pożyczek i publikują swoje opinie tak jak gazety, serwisy internetowe, stacje radiowe i telewizyjne przekazują inne informacje o sporcie, kulturze, polityce, ale również i sprawach ekonomicznych. Z brutalną szczerością przyznała to już w 2005 r. Rita Bolger, zarówno wtedy jak i teraz należąca do ścisłego kierownictwa S&P.

„(…) rating agencies such as S&P perform the journalistic activities of gathering information on matters of public concern, analyzing that information, forming opinions about it, and broadly disseminating those opinions to the general public. We believe that the bill would specifically violate the First Amendment by making it illegal for a credit rating agency to publish its opinions without first registering with the Government, providing mandatory disclosures about its business activities, and obtaining approval of that registration.

No legislation could constitutionally require the licensing of “Business Week” or the “Wall Street Journal” because they offer their opinions as to the credit worthiness of certain entities.”

Słowa te padły podczas przesłuchań przed podkomisją amerykańskiej Izby Reprezentantów ds. rynków kapitałowych, ubezpieczeń i przedsiębiorstw z udziałem rządu, sprowokowanych upadkiem Enronu i WorldComu. Miały na celu wpłynięcie na korzystny dla S&P kształt regulacji prawnych przygotowywanych w USA po bankructwie tych przedsiębiorstw. Trudno im jednak odmówić sporej dozy zdrowego rozsądku.

Cóż jest takiego w opiniach agencji ratingowych, że bezkrytycznie wierzą im bankierzy i zarządzający funduszami inwestycyjnymi? To przecież oni, a nie agencje ratingowe, szastają pieniędzmi klientów kupując papiery wartościowe (a raczej bezwartościowe) emitowane przez faktycznych bankrutów, jakim już od dłuższego czasu była Grecja. Mają przy tym usta pełne sloganów o fundamentalnej analizie inwestycji. Co jakiś czas okazuje się jednak, że cała analiza sprowadza się do irracjonalnej wiary w magiczne literki dołączane do opinii agencji ratingowych jak wisienki do tortu. Ale kto jest winny temu, że bankierzy i zarządzający funduszami nie myślą gdzie lokują pieniądze klientów i nie robią tego za co biorą pieniądze choćby w postaci opłat za zarządzanie? Oczywiście agencje ratingowe.

Takie podejście jest ostatnio modne w UE. Sprzyja temu fakt, iż z 10 agencji ratingowych, tylko u jednej można doszukać się jakichś bliższych związków z Europą. Założony w USA Fitch jest kontrolowany przez francuski Fimalac i ma obecnie dwie równorzędne centrale – w Nowym Jorku i Londynie. Kolejne sześć agencji to firmy z USA. Dwie mają rodowód japoński (Japan Credit Rating Agency i Rating and Investment Information), a jedna kanadyjski (DBRS). Jako branża są więc dla Europejczyków doskonałymi chłopcami do bicia. Zupełnie jak dziennikarze i cykliści. Zresztą jak stwierdziła pani Bolger, od tych pierwszych agencje ratingowe niczym się przecież nie różnią.

7 lipca 2011

Alior Bank ostro zagrał

W komunikacie informującym o nowej usłudze Alior Banku znajduje się zdanie:

"To prawdziwa rewolucja."

I trudno się z tym nie zgodzić. W każdym oddziale i placówce partnerskiej Alior Banku można teraz bez prowizji opłacić wszystkie rachunki, w tym za gaz, energię elektryczną, wodę, telefon czy telewizję kablową. Z oferty mogą skorzystać wszyscy, nawet ci nie będący klientami banku.

Dla nie związanych z bankiem będzie to jednak zapewne tylko promocja. W ofercie banku pojawiło się bowiem Konto Alior Rachunki bez Opłat, które w przeciwieństwie do innych kont tego banku taką usługę oferuje. Prowadzenie rachunku i wydawana do niego karta nic nie kosztują. Przy pomocy tej ostatniej można bezpłatnie wypłacać gotówkę z bankomatów Alior Banku, sieci Euronet oraz cash4you. To wyraźnie mniej niż wszystkie bezpłatne bankomaty w standardowym koncie Aliora, ale w dużych aglomeracjach nowe konto zapewnia jednak dość swobodny dostęp do pieniędzy.

Jeśli nowe konto zostanie poparte mocną kampanią reklamową może przysporzyć Aliorowi wielu nowych klientów. Przywiązanie ludzi do opłacania rachunków w kasie jest ogromne. Gdy ostatnio byłem na poczcie, po dwudziestu minutach stania w kolejce ze zdumieniem stwierdziłem, że byłem jedynym który chciał skorzystać z usługi pocztowej. Wszyscy, którzy stali przede mną płacili za telewizję satelitarną, prąd, gaz, czynsz, telefon, etc. I bynajmniej nie byli to trzęsący się staruszkowie. Wydaje się więc, że Alior naprawdę otworzył nowy front w bankowej walce o klientów.