8 czerwca 2014

25 lat wolności? Na pewno nie w Polsce

TVP zaserwowała dziś transmisję zawodów jeździeckich Grand Prix Wolnej Polski i sprzedawanej w tym samym kontekście gali festiwalu muzycznego w Opolu. To kolejne odsłony trwającej od kilku tygodni hucpy pod hasłem 25 lat wolności, której apogeum było przemówienie Murzyna z USA, wygłoszone w ostatnią środę ze szklanej klatki ustawionej na warszawskim placu Zamkowym. Hucpy dlatego, że twierdzenie jakoby 4 czerwca 1989 r. Polska odzyskała wolność po latach komunizmu zasługuje na pałę zarówno z historii jak i matematyki.

Taka zaś niedorzeczna wymowa towarzyszy prezydenckiej kampanii pod hasłem 25 lat wolności, w którą włączyły się różne środowiska. Slogan „25 lat wolności” widniał 4 czerwca 2014 r. zarówno na pierwszej stronie kierowanego głównie do księgowych „Dziennika Gazety Prawnej” jak i lubelskiego „Dziennika Wschodniego”. W Koszalinie, Słupsku i Szczecinie zmutowane wersje „Głosu Dziennika Pomorza” obwieściły wprost: „25 lat od wolnych wyborów”.  Wolnych wyborów do czego? To pomagają zrozumieć organizatorzy wspomnianych zawodów jeździeckich:

„4 czerwca 1989 roku odbyły się pierwsze wolne wybory do Senatu RP i początek najlepszego ćwierćwiecza w historii Polski i Polaków na przestrzeni ostatnich 300 lat. To jednocześnie początek ogromnej zmiany, nie tylko w naszym kraju, ale w całej Europie Środkowej i Wschodniej.”

Tym, którzy ciągle nie rozumieją polecam refleksję nad pierwszym zdaniem tego cytatu. Wolne to były w 1989 r. wybory do odtworzonego wtedy Senatu. Wybory do ponad cztery razy większego Sejmu wolne nie były. Ich istotę oddaje art. 39 ówczesnej ordynacji wyborczej:

„Na podstawie porozumienia zawartego w wyniku obrad „okrągłego stołu”, Rada państwa ustala dla poszczególnych okręgów wyborczych liczby mandatów przeznaczonych dla kandydatów członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego, a także kandydatów członków Stowarzyszenia „PAX”, Unii Chrześcijańsko-Społecznej i Polskiego Związku Katolicko-Społecznego oraz kandydatów bezpartyjnych. W każdym okręgu wyborczym przynajmniej jeden mandat jest przeznaczony dla kandydatów bezpartyjnych.”

W praktyce oznaczało to, że reprezentanci różnych organizacji komunistycznych mieli zagwarantowane 264 mandaty poselskie. Nie mogli się o nie ubiegać inni kandydaci, choć komuniści mogli konkurować ze sobą. Wyglądało to tak jak byśmy dzisiaj z góry ustalili ile mandatów zdobywa w danym okręgu każda partia, a jej kandydaci rywalizowali tylko między sobą o to, który z nich zostanie posłem.

W 1989 r. środowiska antykomunistyczne mogły walczyć o 161 mandatów poselskich dostępnych dla bezpartyjnych. I tylko odnośnie tych 161 mandatów można mówić o wolnych wyborach do Sejmu. Wolnych, bo o te 161 miejsc mogli walczyć również komuniści - byle formalnie bezpartyjni. O taki mandat zabiegał m.in. taki symbol komunistycznego reżimu jak jego rzecznik prasowy Jerzy Urban.

264 plus 161 to jednak tylko 425 posłów. Do obsadzenia 460-osobowego Sejmu brakowało więc 35 mandatów. Te przeznaczono dla krajowej listy wyborczej złożonej wyłącznie z komunistów.

Wolne wybory dotyczyły więc tylko 35 proc. miejsc w Sejmie. W skład wybieranego 4 czerwca 1989 r. parlamentu wchodził jednak reaktywowany Senat, w całości wybierany demokratycznie. Łącznie wolne wybory dotyczyły więc 261 z 560 miejsc w parlamencie. To prawie 47 proc. Ale jeśli odwrócimy sposób rozumowania to okazuje się, że komunistyczny reżim miał zagwarantowane ponad 53 proc. miejsc w parlamencie. I tę niedemokratyczną gwarancję świętuje się pod hasłem 25 lat wolności!

Na dodatek część komunistycznych notabli otrzymała mandaty łamiąc nawet ówczesne prawo. Z 35-osobowej krajowej listy wyborczej, ponad połowę ważnych głosów uprawniającą do zostania posłem dostało tylko dwóch kandydatów. Nieobsadzone zostały 33 miejsca poselskie, czego w ordynacji nie przewidziano. Rada państwa – taki kolegialny komunistyczny prezydent – dodała te miejsca do mandatów w okręgach wyborczych nieobsadzonych w pierwszej turze głosowania. W okręgach obowiązywała zaś zasada, że posłem zostaje ten kto uzyska ponad połowę głosów ważnych, ale przypadających na mandat, o który się ubiega. W skrajnym przypadku mógłby więc dostać jeden głos i zostać posłem. I w ten sposób, w drugiej turze głosowania, która odbyła się 18 czerwca 1989 r. uzupełniono skład Sejmu.

Gdyby dzisiaj prezydent – taki czy inny – po wyborach dowiedział się, że kilku jego kumpli nie dostało się do Sejmu i w związku z tym rozpisał kolejne wybory na takich zasadach by się już dostali, to byłby mega przekręt. Tymczasem wspominając tę machlojkę świętuje się 25 lat wolności. Można powiedzieć były inne czasy. Były, ale przekręt z tamtych lat świętuje się obecnie.

Na dodatek, z założenia niedemokratyczny i naznaczony złamaniem nawet ówczesnego prawa parlament wybrał 19 lipca 1989 r. prezydenta. Został nim szef junty wojskowej z lat. 80 – Wojciech Jaruzelski.

Wolne wybory prezydenckie zaczęły się 25 listopada 1990 r. (I tura). Wcześniej – w maju 1990 r. miały miejsce wolne wybory do rad gmin. Wolne wybory do parlamentu odbyły się dopiero 27 października 1991 r. Jeśli więc świętować 25 lat wolności to dopiero 27 października 2016 r. Wtedy minie 25 lat od momentu gdy po raz pierwszy po II wojnie światowej władze Polski zyskały na szczeblu centralnym rzeczywistą legitymizację społeczną.

Oczywiście pozostaje jeszcze to co organizatorzy zawodów jeździeckich nazwali „początkiem ogromnej zmiany”. Ale tym początkiem były raczej strajki z sierpnia 1980 r. Fakt, że potem niemal przez dekadę nic się nie zmieniło, dyskwalifikuje je jednak jako bezpośredni początek budowy ustroju dzisiejszej Polski. Lepszy punkt zaczepienia to 23 grudnia 1988 r. Wtedy zaczęła się budowa kapitalizmu. Komunistyczny Sejm z inicjatywy komunistycznego rządu uchwalił w ustawę o działalności gospodarczej, która w biznesie dawała wolność, o której dzisiaj można sobie pomarzyć. Ale jeśli nawet zawęzić poszukiwania do „początku ogromnej zmiany” w zakresie legitymizacji władz państwowych, to dlaczego zamiast 4 czerwca nie świętować 5 kwietnia? Tego dnia 1989 r. zakończyły się rozmowy tzw. okrągłego stołu, których czerwcowe wybory były prostą konsekwencją. I bynajmniej nie pierwszą. Zaledwie 12 dni po zawarciu porozumienia sąd zarejestrował NSZZ Solidarność. Po kolejnych trzech dniach NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych. 28 kwietnia Polskie Radio nadało pierwszą audycję Solidarności, 8 maja ukazał się pierwszy numer „Gazety Wyborczej”, a dzień później audycja Solidarności w TVP. Jakkolwiek by nie oceniać chlania wódki z komunistami w Magdalence, to historycznie rzecz biorąc okrągłostołowe porozumienie było bardziej doniosłe niż czerwcowe wybory. To ono bowiem uruchomiło polityczną lawinę, której zaledwie elementem były wybory.

Wolność to jednak wolność, a nie jakieś półśrodki. Powtórzę więc jeszcze raz. Dopiero 27 października 2016 r. minie ćwierć wieku od momentu uzyskania przez władze Polski legitymizacji narodu. I wtedy powinniśmy świętować 25 lat wolności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz