13 grudnia 2015

Czy Trybunał Konstytucyjny na pewno wart jest rozdzierania szat?

Wczoraj ulicami Warszawy przeszedł marsz Obywatele dla Demokracji. Uczestnicy – nie wiem, czy podawane 50 tys., ale gołym okiem widać było, że w liczbie znacznej – protestowali przeciwko działaniom PiS i prezydenta Andrzeja Dudy w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Gest choć zbiorowy, to niemal rejtanowski. Tyle, że podszyty obłudą organizatorów z tzw. Komitetu Obrony Demokracji kierowanego przez Mateusza Kijowskiego. W przypadku uczestników zapewne taką sama obłudą, a w najlepszym razie niewiedzą lub głupotą części z nich.

Inaczej nie da się przecież wytłumaczyć uczestnictwa w imprezie, organizowanej pod hasłami obrony demokracji, i poparcia dla niezawisłości sądówi Trybunału, podczas której rej wodzą Sławomir Neumann z PO czy Władysław Kosinak-Kamysz z PSL. Przecież to ich partie w czerwcu 2015 r. zmieniły ustawę o Trybunale tak by obsadzić stanowiska sędziów, którym kadencja kończyła się 2 i 8 grudnia, a więc już w kolejnej (obecnej) kadencji Sejmu. Parę dni temu Trybunał uznał tę zmianę za niezgodną z Konstytucją. A od niej zaczęła się przecież cała awantura. Nie przeszkadza to jednak panom Neumannowi i Kosiniak-Kamyszowi bezwstydnie kreować się na obrońców demokracji. A przecież pan Neumann sam głosował za złamaniem Konstytucji. Pan Kosiniak-Kamysz nie, ale pewnie tylko dlatego, że choć był ministrem nie był posłem – 32 z 33 posłów PSL głosowało jak pan Neumann. Jedynie Waldemar Pawlak wstrzymał się od głosu.

Gdzie wtedy była inna wiecowa krzykaczka, czyli Barbara Nowacka ze Zjednoczonej Lewicy? Jakoś nie demonstrowała gdy większość jej partyjnych kolegów i koleżanek z SLD ramię w ramię z PO i PSL przepychało wspomnianą zmianę ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Nie dostrzegała zagrożenia wolności przez brak niezawisłych sądów gdy była sędzia, a potem minister sprawiedliwości w rządzie SLD-PSL - Barbara Piwnik - z ministerstwa wróciła na stanowisko sędziowskie. Toż to prawdziwy trójpodział władzy. W ministerstwie przygotuję sobie jakąś nowelizację ustawy, partyjni kumple przepchną ją przez parlament, inny polityczny druh podpisze, a potem wrócę do sądu i wydam na tej podstawie kilka wyroków.

A przecież sędziowie Trybunału Konstytucyjnego są nie lepsi. Andrzej Rzepliński, Stanisław Biernat, Piotr Tuleja wyłączyli się z orzekania o zgodności z konstytucją czerwcowej nowelizacji bo w komisjach sejmowych de fatco ją współpisali. Wyłączenie z orzekania nie zmienia jednak istoty problemu. Jakim prawem w sędziowie Trybunału w ogóle brali udział w pisaniu ustawy, o której zgodności z konstytucją mogliby orzekać i która ich bezpośrednio dotyczyła? Tak działa demokratyczne państwo prawa? Nie. Tak działa partyjna republika kolesi jaką jest III RP.

Kto w Polsce zostaje sędzią Trybunału Konstytucyjnego? Jednym z tych, którym kadencja sędziego skończyła się w listopadzie 2015 r. jest Marek Kotlinowski. Do Trybunału trafił prosto z ław sejmowych gdzie zasiadał przez dwie kadencje będąc nawet wicemarszałkiem Sejmu. Akurat jemu transfer załatwił PiS z koalicjantami – pan Kotlinowski był działaczem Ligi Polskich Rodzin, sprzymierzonej z PiS – ale politycy innych opcji jakoś nie protestowali. Powód? Sami mają na koncie podobne transfery. Jerzy Stępień, jeden z sygnatariuszy listu czterechbyłych przewodniczących Trybunału przeciwnych ostatnim działaniom prezydenta Dudy, trafił do Trybunału prosto z posady wiceministra spraw wewnętrznych i administracji. Wcześniej był senatorem dwóch kadencji. Teresa Liszcz, była ministrem w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy, przez trzy kadencje zasiadała w Sejmie, jedną w Senacie. Dorota Safjan była wiceministrem finansów. Jest przy tym żoną innego sygnatariusza listu czterech byłych przewodniczących – Marka Safjana. Można by rzecz Trybunał nie Konstytucyjny, ale Rodzinny. Wiesław Johann to bowiem nikt inny jak mąż Olgi Johann, której nazwisko często można spotkać na listach wyborczych. Ale prawdziwym asem w składzie Trybunału był Zdzisław Czeszejko-Sochacki, który zasiadał jeszcze w komunistycznym Sejmie. Akurat tym, który zatwierdził wprowadzenie stanu wojennego w 1981 r. i przejęcie władzy przez komunistyczna juntę zwaną Wojskową Radą Ocalenia Narodowego. Nawet komunistyczna Konstytucja takiego organu nie przewidywała. Zaiste wybitne były więc jego kwalifikacje do orzekania o zgodności ustaw z Konstytucją państwie demokratycznym.

Na całym świecie sędziowie mają jakieś poglądy, i na urzędy porównywalne z polskim Trybunałem Konstytucyjnym mianują ich politycy. Ale w demokratycznym państwie pępowina łącząca tego typu trybunały z polityką nie powinna być tak ordynarna i nie powinna tak wpływać na wyroki jak u nas. Przecież niemal przy każdej okazji gdy Trybunał orzeka o relacji państwo-obywatel, i mimo wszytko dochodzi do wniosku, że ustawa nakładająca na zwykłych ludzi jakieś ograniczenia czy obowiązki jest niezgodna z Konstytucją, to daje parlamentowi 18 miesięcy na jej zmianę. Konstytucja na to pozwala, ale dlaczego nie da np. trzech albo sześciu miesięcy tylko najdłuższy możliwy czas? Przecież to tak jakby w sprawie kryminalnej sąd stwierdził, że oskarżony kradnie choć prawo tego zabrania, ale jeszcze przez 18 miesięcy może to bezkarnie robić.

Czy więc naprawdę warto rozdzierać szaty nad takim czy innym ruchem rządzącej ekipy w kwestii Trybunału Konstytucyjnego? Pytanie pozostawię bez odpowiedzi. Ale jeśli się walczy o pryncypia to trzeba było robić to już dawno temu, a nie tylko w kontekście ostatnich działań PiS. Trybunał Konstytucyjny już dawno odszedł bowiem od roli „bezpiecznika” jakim winien być w państwie demokratycznym i niebezpiecznie zbliżył się do standardów Rosji czy Białorusi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz