26 marca 2017

Chciwość frankowiczów pomoże gangsterom

Tzw. frankowicze ze Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu protestowali wczoraj przed siedzibą prezydenta i Ministerstwem Finansów. Przedstawiają się jako skrzywdzonych przez banksterów, jak uwielbiają nazywać bankierów. Przy okazji zaczęli jednak wspierać gangsterów. Trzeba przyznać, z duża dozą winy nierozgarniętych prokuratorów.

Kilka dni przed sobotnią demonstracją pojawiła się informacja o działaniach Prokuratury Regionalnej w Szczecinie prowadzącej śledztwo w sprawie rzekomego doprowadzenia przez banki do niekorzystnego rozporządzenia mieniem tzw. frankowiczów. Potocznie rzecz ujmując jest to oszustwo, którego banki miały się dopuścić jako jedna ze stron umów kredytowych powiązanych z kursem walut obcych. Prokuratura zażądała wydania przez banki wszystkich dokumentów związanych z tymi kredytami, czyli głównie zawartych umów. Tych są setki tysięcy co przekłada się na miliony a może dziesiątki milionów kartek.  Ciekawe ile prokuratorzy będą je czytać i gdzie składować?

Taka ilość dokumentów to murowany paraliż prokuratury, do tego regionalnej, a więc z założenia zajmującej się grubszymi sprawami. Prawdziwi gangsterzy mogą więc spać spokojnie. W przeciwieństwie do uczciwych ludzi, za których pieniądze prowadzona jest ta farsa. Bo nie da się logicznie wytłumaczyć po co prokuraturze te wszystkie papiery, skoro akurat treść umów kredytowych to jedyne w czym frankowicze i banki się zgadzają. Różni ich ocena tej treści.

Już wszczęcie śledztwa z doniesienia Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu jest absurdem. Zgodnie z Kodeksem postępowania karnego działania prokuratury to pierwszy etap postępowania karnego, zwany postępowaniem przygotowawczym. Nie wszczyna się go gdy przestępstwa nie popełniono, albo „brak jest danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie jego popełnienia”. Toż to modelowy opis sytuacji związanej z kredytami, o które się rozchodzi.

Cofnijmy się kilka lat wstecz. Czy pracownicy banków urządzali łapanki na ulicach i siłą zmuszali ludzi do podpisywania umów na kredyty powiązane z kursem walut obcych. Nie. Frankowicze ze wspomnianego stowarzyszenia podpisywali je w pełni dobrowolnie. Dzięki temu mogli zaciągnąć kredyt większy niż w złotych lub płacić raty mniejsze niż przy kredycie złotowym. Zacierali ręce jacy to są sprytni, w porównaniu do tych co brali kredytyw w złotych. Nie doszukiwali się bankowego oszustwa w swoich umowach miesiąc ,dwa, trzy, a w niejednym przypadku nawet kilka lat po zawarciu umowy.

Ofiarami oszustwa zaczęli się uznawać dokładnie od czwartku 15 stycznia 2015 r. Szwajcarski bank centralny zerwał wtedy powiązanie kursu franka szwajcarskiego z euro. Frank wystrzelił ponad 5 zł. I choć było to chwilowe to ciągle utrzymuje się w okolicach 4 zł. A przecież niejeden z kredytów związanych z wartością franka był brany przy kursie 2,5 zł lub nawet niższym. Zresztą nawet dla 3 zł obecny poziom oznacza wzrost zobowiązania o jedną trzecią.

Frankowicze uwielbiają opowiadać jak to pracownik banku mówił im, że frank co najwyżej będzie tanieć. Ciekawe w ilu przypadkach naprawdę prowadzili z nim taką dyskusję, a jeśli już to czy tak samo by uwierzyli, gdyby powiedział: włóżcie rękę do ognia, a się nie oparzycie. W korzystne kształtowanie się kursu franka wierzyli bo chciwość przysłoniła im zdrowy rozsądek. To nie jest przecież wiedza tajemna, że kursy walut zmieniają się. A nade wszystko, czy czuli by się tak samo oszukani gdyby frank zjechał do 1,50? Wtedy banki były by zapewne uczciwe i cacy.

Przy okazji powraca kwestia ustalania wysokości oprocentowania przez zarząd banku, czyli tego, że raty liczone we frankach nie spadają mimo, że LIBOR spada, albo, że spadają wolniej. Ale pamiętam dyskusje internetowe sprzed kilku lat gdy frankowicze dzielili się na dwie frakcje. Pierwszą stanowili ci, którzy brali kredyty z oprocentowaniem opartym o LIBOR i wpisaną do umowy marżę – przodował w nich nieistniejący już Kredyt Bank (wchłonięty przez Bank Zachodni WBK). Drugą byli ci od kredytów z oprocentowaniem uzależnionym od decyzji zarządu banku, w czym prym wiódł mBank. Pierwsi przestrzegali drugich, że to niebezpieczne, ale na drugich nie robiło to wrażenia.

Biją też pianę w kwestii spreadów walutowych, ale tzw. ustawa antyspreadowa pochodzi z roku 2011. Od dawna mogą więc spłacać kredyty w walucie, z którą są powiązane. Problem tylko w tym, że zaciągnęli tzw. kredyty frankowe nie mając we frankach szwajcarskich ani dochodów, ani oszczędności. Zaciągnęli je bo w tamtym momencie były dla nich wygodne. A teraz ta grupa chciwych cwaniaczków chce się wywinąć ze swoich zobowiązań, gdy przestały być dla nich wygodne. Robią zadymy, które w związku z głupotą prokuratury, odbiją się na bezpieczeństwie wszystkich ludzi, bo prokuratura zamiast zajmować się ściganiem przestępców będzie studiować jałowe akta bankowe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz